czwartek, 28 lutego 2019

„Jesteś moim teraz" M. Leighton

17:58:00 0 Comments
Wiadomo. Skusiła mnie okładka i nie mogłam się już później powstrzymać, musiałam, po prostu musiałam książkę przeczytać. Poza tym - romans to romans, zwyczajowo większość jest dobrych. Z twórczością M. Leighton nie miałam jednak wcześniej styczności...

Nr. recenzji: 
244
Tytuł: „Jesteś moim teraz"
Autor: M. Leighton
Tłumacz: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Liczba stron: 384
Data polskiego wydania: 16 stycznia 2019
Wydawnictwo: FILIA
W moim odczuciu: 6/10


Dziewczyna zakochana w jednym mężczyźnie ze wzajemnością od piętnastego roku życia. Długo bronili się przed uczuciem, ponieważ wiedzieli, że los stanie im na drodze. Byli z dwóch różnych światów - dziewczyna była bogatą dziedziczką, natomiast chłopak jedynie jej pracownikiem. Nikt nie chciał ich zaakceptować. A później Brinkley musiała wyjechać. Teraz powraca z chorą córeczką, szukając w swojej dawnej okolicy nowej szansy na lepsze życie. Wie, że będzie to ciężka podróż, jednak to jedyna szansa, aby uratować dziewczynkę. A jednak na jej drodze staje On. I oboje już wiedzą, że nie będzie to dla nich łatwe. Znowu stanąć na progu zakazanego związku... Chociaż...

Bądźmy szczerzy, w tej książce nie ma zbyt wiele oryginalności. Okej, jest to swego rodzaju odmiana księżniczki i żebraczki, zakochania się w prostym chłopie i walki z losem, aczkolwiek... No czegoś ewidentnie mi brakowało. Od pierwszych stron czułam, że książka będzie okej, ale nic więcej - i po raz pierwszy moje oczekiwania spełniły się w całości. Szkoda, że miałam nadzieję, że jak zwykle ja i moje prorokowanie się pomylimy. A jednak tak się nie stało. Na początku poznajemy Brinkley, która stara się być zabawna, aby jej córka się nie przejmowała. I to jest w porządku, o ile ktoś oczekiwał obyczajówki. Później następuje przeplatanie retrospekcji z czasem teraźniejszym, ale brakuje tam... brakuje... zaskoczenia? Wszystko idzie tak, jak byśmy się tego spodziewali. Jest aż jeden moment, który można nazwać zwrotem akcji. Niemniej, jedynie dlatego, że wyskoczył tak od czapy, że naprawdę nie wiedziałam za bardzo co mógłby mieć chociażby wspólnego z całością.

Dzisiaj wyjątkowo krótko, ale naprawdę nie wiem, co mogłabym komentować. Styl pisania jest w porządku. Cała historia wydaje się bez zarzutu, ale odnoszę wrażenie, że została zwyczajnie odklepana. Zabrakło w tym wszystkim iskry. Emocji. Realności. Całość była dobra, ale nie aż tak, żeby czymś zachwycić. Jest to zdecydowanie obyczajówka, przy której można odpocząć, ale to by było na tyle. Przeczytane i zapomniane. Raczej nie oczekiwałabym po niej niczego więcej, a szkoda. Dałoby się wyciągnąć kilka wątków moralizatorskich, które były dobrze przygotowane - nawet sam fakt występowania podziałów społecznych i sprzeciwu wobec nich, aczkolwiek większość była tylko liźnięta. Można próbować wyłapać, ale chyba jednak oczekiwałam czegoś więcej. Jak mówię - książka nie jest zła, ale czegoś jej brakło. Może będziecie mieli inne odczucia, osobiście byłam lekko zawiedziona. 

Projekt Społeczny

15:51:00 0 Comments
Pamiętacie jeszcze o Culture Content?

Potrzebują wsparcia, ponieważ chcą być najlepszym projektem w Polsce! Okażmy im pomocną rękę, misie!


A na zdjęciu ja - miałam szansę się zaangażować, wow!


Wejdź na fanpage -> Culture Content

wtorek, 26 lutego 2019

„Odkupienie" Tillie Cole

14:13:00 0 Comments
Nr. recenzji: 242
Tytuł: „Odkupienie"
Autor: Tillie Cole
Tłumacz: Grzegorz Rejs
Liczba stron: 280
Data polskiego wydania: 8 stycznia 2018
Wydawnictwo: EditioRed
W moim odczuciu: 7/10

Z tą serią lepiej uważajcie. Kiedy przełkniecie pierwszy szok i już się przyzwyczaicie do niełatwej tematyki, jaką porusza - uwierzcie mi, zacznie Was ona od siebie uzależniać. Przechodziłam to... Eee, właściwie to ponieważ jestem już zapisana na kolejny tom, to chyba powinnam napisać "przechodzę to". 

#bespoilerowo

Rider został wydalony z klubu motocyklowego za swoje ogromne przewinienie. Powrócił więc do Zakonu, gdzie miał zostać nowym przywódcą. A jednak, nie zgadzał się z większością rady. Uknuty został więc spisek i chłopak został wtrącony do celi. Spędzał tam dnie samotnie lub będąc namawianym do zaprzestania sprzeciwiania się. Jednak wszystkie starania były na nic, nie zamierzał postąpić inaczej, niż uważał za słuszne. Do celi obok niego w pewnym momencie wtrącona została kobieta. Harmony była przerażona i była pewna, że jest teraz zdana jedynie na samą siebie. A jednak w więzieniu poznała prawdziwego przyjaciela. Szybko zaczęła marzyć, aby przyjaźń stała się czymś więcej. Jak jednak miałoby do tego dojść, skoro oboje cały czas byli zamknięci w odosobnieniu?

Byłam szczerze zdziwiona, że Tillie Cole nie pozwoliła na to, aby w tej serii nie powstała żadna schematyczność. To znaczy, oczywiście, romans zawsze romansem pozostanie i na to raczej nikt nigdy nic nie poradzi, aczkolwiek te książki zawsze czyta mi się z przyjemnością i ogromnym zaciekawieniem. Jestem zawsze pod wrażeniem tego, że nieważne który raz sięgam po twórczość autorki, ta każdorazowo jest w stanie mnie ogromnie zadziwić. Tym razem postanowiła w opowieść wpleść więcej akcji niż romansu, co jednak przez wzgląd na to, jak dobrze książka została napisana - naprawdę przypadło mi do gustu. Tillie Cole postanowiła stworzyć w swojej książce po raz kolejny coś całkowicie nowego i jak zwykle, wyszło jej to bardzo dobrze. Styl pisania autorki jest bardzo przystępny, pomimo typowych dla Katów wtrąceń. Dzięki pędzącej akcji książkę czyta się raczej lekko i przyjemnie.

Rider i Harmony to jedna z najbardziej uroczych par w całej serii. Ich niewinność bardzo kontrastuje z całym tłem fabularnym. Wiecie, Kaci nie lecą w kulki, używany jest dość mocno brutalny język, często opisane praktyki są szokujące, a jednak... Tym razem przedstawiono wyjątkowo delikatną i niestandardową miłość, która od pierwszego momentu mnie zaciekawiła. Podobało mi się również, że dopuszczeni do głosu zostali bohaterowie poprzednich części. Nie dość, że wiemy, co na bieżąco się z nimi dzieje, to jeszcze w pewnym momencie samym narratorem stał się bohater wcześniejszej części. Jak dla mnie spełnienie marzeń. Cała książka zdecydowanie trzyma poziom i jest równie dobra - a niektórym z pewnością nawet wyda się jeszcze lepsza, niż swoje poprzedniczki. 

Podsumowując, kolejna książka Tillie Cole, którą zdecydowanie można zaliczyć do dobrych. Mnie podobała się może odrobinę mniej niż poprzedniczki, ponieważ ja z popcornem czekałam na romansidło, którego było odrobinę mniej. Niemniej, zdecydowanie zadowolone będą fanki wartkiej akcji i niespodziewanych wydarzeń. Osobiście z niecierpliwością czekam na kolejne tomy i mam nadzieję, że po raz kolejny dam się pozytywnie zaskoczyć.

czwartek, 21 lutego 2019

wtorek, 5 lutego 2019

„Pojedynek w Araluenie" John Flanagan

17:02:00 0 Comments
Zwiadowcy powracają i to z pełnym pakietem nowych przygód! Kto tak jak ja nie umiał się doczekać, kiedy w końcu ujrzy nowe przygody Maddie, aby w końcu dowiedzieć się, jak dalej pociągnięta została akcja? Nadal uważam, że przerywanie jej w połowie jest całkowicie niesprawiedliwe, nie będę jednak akurat na to narzekać.

Nr. recenzji: 
233
Tytuł: „Pojedynek w Araluenie"
Autor: John Flanagan
Tłumacz: Małgorzata Kaczarowska
Liczba stron: 280
Data polskiego wydania: 14 listopada 2018
Wydawnictwo: Jaguar
W moim odczuciu: 8/10

Maddie jako młody Zwiadowca musi powstać i pomóc uratować swoją ojczyznę. Musi odnaleźć dawno zapomniane kontakty - skontaktować się m.in. ze Skandianami, a także znaleźć swojego ojca, aby przechylić szalę wygranej na swoją stronę. Udowadnia nam, że pierwsza kobieta w szeregach Zwiadowców wcale nie była żadną pomyłką, a sama zdecydowanie jest w stanie sobie odpowiednio poradzić. Dziewczyna postanawia uratować swój świat, przysłużyć się mu i zasłużyć na swoją własną glorię i chwałę. 

Mam dla Was na samym wstępie bardzo cenną wskazówkę. Nie kupujcie części 13 i 14 osobno, ponieważ po skończeniu pierwszej z nich będziecie mięli naprawdę ogromny problem, żeby krótko mówiąc nie rzucić się na tę drugą od razu i bez jakiegokolwiek zahamowania. Szanuję Wasze nogi, wiem, że w większości nie przepadacie za biegiem, tak samo jak ja - w związku z tym kupujcie je sobie w pakiecie. Najbardziej w związku z tą opowieścią obawiałam się, że Maddie nie podoła jako główna bohaterka. Że po raz kolejny w książce zabraknie powiewu świeżości, a wszystko będzie oparte na schematach, które wcześniej się sprawdzały i w sumie wypadły nie najgorzej. Wydaje mi się, że być może John Flanagan ośmielił się przypadkowo zerknąć do notatek wcześniejszych tomów, jednak głównie po to, aby poprowadzić całą akcję całkowicie innymi ścieżkami, aby nic a nic się nie powtarzało.

Jedynym czego mi brakowało, to fakt, że w żadnym momencie książki do akcji nie włączono bohaterów wcześniejszych dwunastu tomów - ani Halta, ani Willa niestety chwilowo nie było widać na horyzoncie, co niestety połączyło się z chwilowym niezadowoleniem ich fanów. Szkoda, wydaje mi się, że zawsze duża część z nas będzie z nimi sercem i duszą, nawet jeśli nowi główni bohaterowie będą wkraczać na scenę. Z drugiej strony John Flanagan posunął się dość odważnie do rozwiązania niestandardowego - postanowił wykorzystać bohaterów ze swojej drugiej serii - Drużyny i w zgrabny sposób połączyć wątki. Wyszło mu to na tyle dobrze, że zdecydowanie w żadnym momencie nie miałam problemu z wdrożeniem się w akcję, pomimo faktu, że drugiej serii osobiście nie miałam przyjemności czytać.

Podsumowując, uważam, że książka jest dobra i warta przeczytania. Ciągle John Flanagan trzyma poziom i jest w stanie zaskoczyć nas wieloma optymistycznymi niuansami, dzięki którym nasza miłość do tej serii nie przeminie. A w dodatku, autor postarał się bardzo, żeby rozbudzić w nas iskierkę nadziei również dla Drużyny, co było bardzo mądrym pomysłem. Niemniej, ciągle czekam na więcej. Mam nadzieję na huczny powrót Halta i Willa, a być może nawet całą przygodę z ich udziałem. Czy się doczekam? OBY!

sobota, 2 lutego 2019

„Kraina z Jedwabiu" Valentina Fast

11:45:00 0 Comments
Takie zakończenia, jakimi raczyła nas Valentina Fast już pod koniec pierwszego tomu, zdecydowanie powinny być zakazane. Przecież ja się nie umiałam odgonić od tej drugiej części! T r a g e d i a! Naprawdę, tylko tyle mam do powiedzenia, ta książka jest uzależniająca!

Nr. recenzji: 
232
Tytuł: „Kraina z Jedwabiu"
Autor: Valentina Fast
Tłumacz: Miłosz Urban
Liczba stron: 240
Data polskiego wydania: 9 maja 2018
Wydawnictwo: Media Rodzina
W moim odczuciu: 6/10

Czterech młodzieńców. Który z nich jest księciem? Na pewno wszyscy są niesamowicie uzdolnieni i mają naturalny dar do dogadywania się z kandydatkami na miejsce królowej, jednak cały kraj przez cały czas zadaje sobie pytanie, kto z nich okaże się tym prawdziwym następcą tronu. Takie same pytanie zadaje sobie Tatiana, przed którą kolejne wyzwania, które będą miały pomóc księciu stwierdzić, czy aby na pewno dziewczyna nadaje się na księżniczkę. Pojawi się dużo więcej miłości niż w pierwszym tomie, w końcu nie od dziś wiemy, że uczucie dojrzewa, jak również pojawi się jedno nieprzewidywalne wydarzenie, które... Cóż, będziecie musieli dowiedzieć się sami!

Wydaje mi się, że z tomu na tom autorka już zaczęła delikatnie zwiększać swoje możliwości, a przez to jej umiejętności zaczynają się uwidaczniać. Mam nadzieję, że oczywiście ta tendencja wzrostowa będzie w stanie potrwać przez wszystkie kolejne tomy, aczkolwiek mam dobre przeczucia. Klątwa drugiej części i tym razem nie nastąpiła. Zamiast rzucać o ściany, muszę przyznać, że chyba bawiłam się troszkę lepiej niż przy pierwszej części. Tym razem Valentina Fast postanowiła jeszcze bardziej rozszerzyć swoje horyzonty, a przez to również horyzonty książki. Wprowadziła do powieści dużo większą w porównaniu do pierwszego tomu dawkę miłości, jak również zaszalała z tym tajemniczym wydarzeniem, o którym nie chcę Wam za bardzo mówić, aby delikatnie, acz stanowczo wzbudzić Wasz apetyt.

Tatiana stopniowo zaczyna się zmieniać jako bohaterka. Przestaje snuć się po kątach, trochę bardziej stara się wyjść i zawalczyć o siebie. Idzie na układ, w ramach którego jej walka z eliminacjami będzie musiała się zakończyć już przy najbliższym wyborze, a dzięki temu powrót do domu zostanie jej umożliwiony. Muszę jednak również przyznać, że całość książki niebezpiecznie zaczęła przypominać telenowelę, choć być może widoczne to było już od pierwszego tomu. Niektóre wydarzenia trochę wołały o pomstę do nieba. Przykładowo tajemnicze spotkania naszych gwiazdek pod gwieździstym niebem być może na początku były czymś uroczym, jednak jak dziewczyna po raz piąty szła w to samo miejsce, żeby wydarzyło się mniej więcej to samo, to to było już dla mnie dećko za dużo.

Podsumowując, książka nadal dysponuje czymś niesamowicie uzależniającym. Muszę przyznać, że pomimo wszystkich wad, na które zawsze skrzętnie staram się dla Was zwracać uwagę, czytało mi się naprawdę przyjemnie. Być może nie jestem zakochana w tej serii już całą sobą, jednak dostrzegam w niej potencjał i muszę przyznać, że zdecydowanie ciężko mi jest się od niej oderwać. Mam nadzieję, że kolejne tomy będą równie dobre i pozwolą nam jeszcze lepiej się bawić.