Insta


czwartek, 31 stycznia 2019

„Ukryty Wróg" Erin Hunter

15:24:00 0 Comments

Byłam bardzo ciekawa nowej serii książek pani Erin Hunter. Zastanawiałam się, co też zostanie wymyślone. Czy postanowi ona zrobić wierną kopię swojej wcześniejszej serii, a może postanowi pójść całkowicie inną ścieżką? Z wieloma obawami postanowiłam sięgnąć po tę serię, lecz jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana.

Nr. recenzji: 
226
Tytuł: „Ukryty Wróg"
Autor: Erin Hunter 
Tłumacz: Katarzyna Krawczyk 
Liczba stron: 306
Data polskiego wydania: 28 stycznia 2019
Wydawnictwo: Nowa Baśń
W moim odczuciu: 9/10

Fuks i jego sfora odnaleźli ziemię z dostatkiem żywności oraz czystej wody. Wydaje im się to pięknym rajem, w którym chcieliby spędzić resztę ich żywotów. Niestety, alfa obcej sfory przywłaszcza sobie ziemie. Nie będąc w stanie rozpocząć z nim walki, która miałaby jakąkolwiek szansę na powodzenie Fuks postanawia przedostać się w szeregi drugiej sfory, aby tam zadecydować, kim tak naprawdę jest. Co więcej, Słodka w której jest od dawna zakochany, należy do drugiej sfory. Czy będzie mu dane odnaleźć spokój i szczęście? Jednak jak zapewni dobrobyt obu swoim sforom - swoim przyjaciołom, których traktuje jak prawdziwą rodzinę?

Wow, nie spodziewałam się, że ta seria naprawdę będzie aż tak wyróżniająca się na tle Wojowników. Myślałam, że pani Erin Hunter jak wiele autorów przed nią zainspiruje się i zaczerpnie z poprzedniej serii wszystko to, co było dobrze opiniowane. A jednak ta postanowiła pchnąć w tę serię naprawdę ogromny powiew świeżości. Stworzyła unikalnych bohaterów o charakterystycznych psich cechach. W momentach kiedy jednak wydawało się, że zwyczajny kanapowiec nie da sobie rady, postanowiła sięgnąć głębiej i do książki wprowadzić zachowania wilków, tworząc tym samym coś unikalnego. Wydaje mi się, że było to jedyne wyjście z sytuacji, dzięki któremu książka uzyskała wiele wątków, ale przede wszystkim nadała niepowtarzalnego tempa akcji. Oprócz tego, warto zwrócić uwagę na wątki poświęcone relacjom. Odnoszę wrażenie, że udało się zrobić ogromny krok i całe opisywanie związków, czy skupianie się na rodzinie, wychodzi w tej książce o wiele lepiej.

Podoba mi się, że cała książka jest utrzymana w ogóle innym stylu. Skupiono się bardziej na relacjach, wydaje mi się, że ograniczono magiczności i nadano jednak wszystkiemu realności. O ile w poprzedniej serii można się chwilami zastanawiać, czy naprawdę czytamy serię z kotami w rolach głównych, czy na pewno mimo wszystko nie są to za bardzo ludzkie zachowania, o tyle w tej serii postanowiono naprawdę się skupić na tym, aby ukazać to lepiej. Zdecydowanie doceniam ten zabieg. Dzięki niemu naprawdę o wiele lepiej mi się czytało. Przedstawiono też w niesamowity sposób relacje bohaterów. Postaci jest mniej, co w mojej opinii działa na korzyść całej opowieści. Bardzo szybko się zorientowałam kto jest kim i miałam szansę już od pierwszych stron naprawdę się wciągnąć w akcję, ponieważ przydzielony był jeden główny bohater i było to dla mnie bardziej czytelne, uporządkowane. Doceniam to, ponieważ dobrze to dopełnia lekki styl pisarski pani Erin Hunter i sprawia, że książkę czyta się przyjemnie.

Podsumowując, osobiście uważam, że książka jest lepsza niż Wojownicy. Zdecydowanie widać, że autorka zrobiła ogromny postęp. Ma głowę pełną pomysłów, a my możemy z tego korzystać ile wlezie, ponieważ w żadnym calu nie robi się to ani trochę nudniejsze. Jestem szczerze zaskoczona, aczkolwiek oczywiście bardzo pozytywnie. Mam nadzieję, że to nie koniec mojego spotkania ze Sforą, a wręcz przeciwnie, że nasza wspólna przygoda dopiero się rozpoczyna.

wtorek, 29 stycznia 2019

PRZEDPREMIEROWO: „Blask Gwiazd" Erin Hunter

15:06:00 0 Comments

Polubiłam kocią serię od pani Erin Hunter już dawno temu, kiedy po raz pierwszy się za nią zabrałam. Kiedy zostałam poproszona o napisanie rekomendacji i objęcie książki patronatem medialnym, nie wahałam się długo. Tak niesamowicie oryginalne pomysły w pięknych wydaniach zawsze zasługują na wsparcie.

Nr. recenzji: 
225
Tytuł: „Blask Gwiazd"
Autor: Erin Hunter 
Tłumacz: Katarzyna Krawczyk 
Liczba stron: 376
Data polskiego wydania: 28 stycznia 2019
Wydawnictwo: Nowa Baśń
W moim odczuciu: 8/10

Wojownicy po wyczerpującej podróży w końcu docierają do odpowiedniego miejsca, w którym są gotowi pozostać na dłużej. Zaczynają wyruszać na zwiady, aby ocenić ewentualne niebezpieczeństwa, znaleźć idealne miejsce zgromadzeń, jak również postarać się określić konkretne granice - klany powinny znowu się rozdzielić, aby koegzystować w spokoju i harmonii. Stoi przed nimi ciężkie zadanie, które może doprowadzić do kolejnych rozłamów. Po raz kolejny jeden kot umiera, a inny zajmuje jego miejsce. Nadchodzi również zaraza, a już na początku książki dowiadujemy się o tajemniczym czerwonym jeziorze, które sprawi, że coś się zakończy, a coś nowego rozpocznie...

Przede wszystkim już na samym początku książki urzekło mnie, w jaki sposób została przedstawiona scena ukazująca przepowiednię. Poczułam się, jakby mnie ktoś wrzucił w świat Tolkiena przemieszany lekko ze stylem mowy Yody z Gwiezdnych Wojen, a jednocześnie to wszystko odbywało się w charakterystycznym kocim stylu. Niesamowicie mnie to urzekło, natomiast dobrym wyjściem z sytuacji okazało się również, że po prologu język powrócił do tradycyjnego stylu Erin Hunter, która jednocześnie znakomicie udowodniła, że jest w stanie pisać przepiękne wypowiedzi i jeszcze piękniejsze opisy, aczkolwiek zdaje sobie sprawę, że to łatwy i przyjemny odbiór czytelnika jest najważniejszy, dlatego cała reszta książki została napisana już stylem bardziej przystępnym. Było zdecydowanie łatwiej i intuicyjnej czytać książkę, lecz wydaje mi się, że chciałabym kiedyś zapoznać się z możliwościami autorki w pisaniu tym przepięknym stylem. 

Opowieści o przygodach klanów kotów wcale nie nudzą, a z każdym tomem odkrywają przed nami całkowicie nowe perspektywy. Tym razem postanowiono trochę zwolnić akcję, żeby skupić się jednocześnie na ukazaniu relacji pomiędzy kotami, jak również z ogromną dokładnością tego, w jaki sposób odbywały się wszystkie zwiady oraz przygotowania. Muszę przyznać, że na początku trochę byłam zdziwiona i niekoniecznie przekonana do tego odważnego pomysłu, jednak pod koniec książki już byłam cała poświęcona fabule i z niesamowitym zainteresowaniem przewracałam kolejne kartki, nie będąc w stanie się doczekać końcówki. Podoba mi się, że tym razem również postanowiono w całość wplątać dużą dawkę tajemnicy, co jest dla tej serii kolejnym krokiem w przyszłość.

Podsumowując, jestem zadowolona. Uwielbiałam tę serię przez wzgląd na oryginalność, jaką ze sobą niesie już od samego początku. Tym razem jednak już na początku zaskoczyły mnie umiejętności pisarskie jakie nabyła pani Erin Hunter i w jaki sposób jest w stanie się nimi popisywać. Dodanie do całości dawki tajemnicy również było bardzo dobrym wyborem. Cóż mogę dodać, nie umiem się doczekać kolejnych tomów!

czwartek, 24 stycznia 2019

„Deep" Kylie Scott

15:23:00 0 Comments

W końcu nadszedł ten czas, że do przeczytania pozostała książka, której bohater wydawałby się niemożliwym do zeswatania. Po raz enty pojawiły się wątpliwości i po raz enty autorce udało się z nich wybrnąć z głową, w całkowicie oryginalny sposób. 

Nr. recenzji: 
231
Tytuł: „Deep"
Autor: Kylie Scott
Tłumacz: Marcin Kuchciński
Liczba stron: 280
Data polskiego wydania: 20 listopada 2018
Wydawnictwo: editiored
W moim odczuciu: 7/10

Pomimo tego, że opis wygląda jak spoiler, to spokojna głowa
Opisuje tylko zawartość pierwszych kilku stron, więc nic Was nie pogryzie

Ciemnooki Ben wydawałoby się, że ma wszystko. Jest członkiem najlepszego zespołu świata, nie może narzekać na biedę, a jednak czuje coraz bardziej dotkliwie, że czegoś mu brakuje. Lizzy jest niesamowicie zakochana w tym basiście. Od zawsze miała oklejone nim wszystkie ściany, a niedawno jej siostra Annie miała tą przyjemność spotkania innego członka zespołu, przez co szanse dziewczyny na poznanie idola wzrosły diametralnie. Niemniej, pojawiają się trudności, które udaje się dziewczynie pokonać na jedną noc... Książka się zaczyna od momentu, w którym niestety okazuje się, że Lizzy będzie zmuszona do zostania samotną matką. Nie ma pojęcia, jak powiedzieć o tym Benowi. Powraca myślami do historii ich relacji i... W końcu możemy się dowiedzieć, co się stało.

Zdecydowanie warto tym razem zwrócić uwagę na konstrukcję całej książki. Na początku może nam się wydawać, że:
a) pominęliśmy jakąś część;
b) autorka upadła na głowę i zdradziła nam zakończenie;
c) mamy halucynacje.
Natomiast spokojnie, przysięgam, że nie ma się czego obawiać. Po prostu idąc tropem oryginalności Kylie Scott mogliśmy się spodziewać podobnego obrócenia akcji o 180 stopni. Autorka generalnie najprawdopodobniej stwierdziła, że kolejne opisy tworzących się nowych związków mogą już trochę trącić schematem. Powraca więc tylko na krótką chwilę do wspomnień głównych bohaterów, a później zaczyna prowadzić akcję w całkowicie nowe, wcześniej nieodkryte rejony, gdzie wszystko opierać musi się całkowicie na zaufaniu, żeby nikomu nie stała się krzywda.

Książka oprócz tego, że zdecydowanie popłynęła zupełnie innymi rejonami, niż to zwyczajnie książki, a w szczególności opowieści o Stage Dive miały w zwyczaju, to jeszcze dodatkowo bardzo starała się nawiązać do poprzednich części. Być może gdyby mogłoby się pojawić jeszcze troszkę więcej wcześniejszych bohaterów, to oczywiście z całą pewnością nikt nie miałby tego za złe, jednak podejrzewam, że nie jest to koniec naszej przygody z romantycznymi losami bohaterów. Co prawda w tej części nawet nie tyle chodzi o wcześniej wspomniany romans, co o zwykłą przyjaźń. Lizzy potrzebuje pomocy. Najprościej w świecie mówiąc, nie jest w stanie poradzić sobie sama. Potrzebuje przede wszystkim pieniędzy na wychowanie dziecka. W trakcie ciąży postanawia zacisnąć pasa i nie być nikogo pasożytem, mało tego, dziewczyna chce udowodnić, że jest w stanie być samodzielna, co jest bardzo realistycznym podejściem bohaterki, choć nie do końca oczywistym.

Podsumowując, uważam, że książka dużo zyskała na tej zmianie tematyki. Wcześniej bardzo się obawiałam faktu, że taka zmiana tematyki okaże się czymś zbyt wielkim dla autorki, niemniej tamta niesamowicie dobrze sobie z tym faktem poradziła. Skupienie się na ukazaniu przyjaźni też było swego rodzaju nowością w tej serii, aczkolwiek uważam, że całość wyszła całkiem nieźle.

wtorek, 22 stycznia 2019

„Lead" Kylie Scott

15:05:00 0 Comments
Nie mogłam długo czekać z zabraniem się za kolejne części niesamowitej opowieści, jaką są losy członków zespołu Stage Dive. Zdecydowanie musiałam zapoznać się z dalszą częścią, która wydawała mi się być może najbardziej intrygująca, ponieważ skupiła się na krnąbrnym wokaliście zespołu.

Nr. recenzji: 
230
Tytuł: „Lead"
Autor: Kylie Scott
Tłumacz: Marcin Kuchciński
Liczba stron: 308
Data polskiego wydania: 18 lipca 2018
Wydawnictwo: editiored
W moim odczuciu: 7/10


Jimmy nokautuje asystentkę za asystentką. Ma naprawdę wiele problemów i psychicznych, i fizycznych. Nie radzi sobie z zajmowaną przez siebie pozycją i zdecydowanie za często sięga po narkotyki, papierosy i alkohol. Po raz kolejny ma mieć wybieraną asystentkę, jednak tym razem jest inaczej. Poszukiwana nie jest profesjonalna psycholożka, która będzie mu mówiła, jakim to jest niegrzecznym chłopcem. Wręcz przeciwnie, praca jest zaproponowana do jedynej dziewczyny, którą aktualnie chce wyrzucić prawnik zespołu - Luny, która odważyła się zakwestionować jego zdanie i przeciwstawić mu się. Od razu dzięki temu zaimponowała zespołowi, w związku z czym nowa praca czekała na nią już tuż za rogiem. Niemniej, długo później uświadamia sobie, że chyba podświadomie zakochała się w wokaliście...

Troszeczkę byłam zdziwiona już na samym początku, ponieważ książka widocznie różniła się wielkością od swoich poprzedniczek. W teorii jest to tylko dwadzieścia stron, w praktyce książka urosła o dwa centymetry. Ja jako Czytelnik zabiegany, rozsiany po paręnastu szeroko zróżnicowanych projektach stwierdziłam, że to powód dobry do paniki, jak każdy inny. Zaczęłam więc zwlekać z przeczytaniem przez kilka dni. Aż w końcu stwierdziłam, że czas skończyć z wymówkami i po prostu spróbować. Jak się później okazało, moja decyzja była bardzo słuszna, a sama książka jest naprawdę bardzo ciekawa, przede wszystkim przez wzgląd na oryginalność - zdecydowanie jest to domena Kylie Scott. Zawsze stara się dobrać taki temat, żeby Czytelnik był w stanie popłynąć z wiatrem i zaintrygowany przestać zwracać uwagę na to, co akurat się dzieje z jego sercem i czy przypadkiem nie jest akurat oddawane w ręce głównego bohatera jakiejś książki.

Tym razem całość wyróżnia się przede wszystkim tym, w jaki sposób główna bohaterka próbuje się bronić przed związkiem. Zresztą główny bohater płci męskiej nie jest od niej w niczym gorszy. Obydwoje marzą o przyjaźni, jednak zdają sobie sprawę, że serca nie da się oszukać. Postanawiają jednak spróbować odciągnąć się nawzajem od tego pomysłu, co w pewnych momentach wychodzi przekomicznie. Jeśli pokochaliście Mala we wcześniejszych częściach, to sytuacje z udziałem Jimmiego, powinny Wam również przypaść do gustu. Być może nie będzie to aż taki humor, jaki został nam przedstawiony w drugiej części, jednak zdecydowanie wydaje mi się, że jest w stanie oczarować spore grono Czytelników. Po raz kolejny mamy do czynienia z uroczą miłością, której drodze nie jest w stanie przeszkodzić nikt i właśnie to jest w tej książce takie dobre.

Podsumowując, jest to kolejny mało zobowiązujący romans, z którym bardzo miło da się spędzić wieczór. Jestem zadowolona z faktu, że udało mi się przeczytać tę książkę, ponieważ zachęciła mnie ona do sięgnięcia po kolejne części, co w pewnym momencie (tym, w którym zobaczyłam 2 cm różnicy pomiędzy tą książką, a poprzedniczkami) wydawało mi się niemożliwe. 

czwartek, 17 stycznia 2019

#WYNIKI: Świąteczne Spełnianie Życzeń!

12:52:00 0 Comments

Nowy konkurs, w którym masz szansę zdobyć wymarzoną książkę na święta!
Zapraszam serdecznie do zabawy!




To już 8 konkurs na tym blogu i tym razem stawiam na niesienie świątecznej radości! 



Regulamin konkursów -> Kliknij.


Kochani, pamiętajcie - konkurs jest jak zawsze do niedzieli, więc jednak do 13.01, a nie 12.01. Przepraszam za pomyłkę na banerku.


Wyniki!

Kochani, najchętniej to obdarowałabym Was wszystkich po kolei, żeby każdy z Was spełnił swoje marzenia. Wasze argumentacje były naprawdę cudowne, ale tym razem wybór nie należał do mnie, tylko do możliwości konkursu i wydawnictw. 

Nie martwcie się jednak - zrobię sobie listę książek przez Was pożądanych i będę dalej negocjować z wydawnictwami, że skoro jest tylu chętnych to kolejne konkursy będą tego warte!

Nie przedłużając, wygrywa...

Pamiętajcie, na adres czekam 3 dni!
tzczytelnika@gmail.com

poniedziałek, 14 stycznia 2019

"Play" Kylie Scott

14:49:00 0 Comments
Absolutnie zakochana w pomyśle pani Kylie Scott, który wykorzystany został w pierwszej książce serii Stage Dive, postanowiłam spróbować z pozostałymi częściami cyklu, licząc na to, że dorównają swojemu poprzednikowi i pozwolą mi na spędzenie z nimi dużej dawki dobrego czasu. Czy jednak się udało?

Nr. recenzji: 
229
Tytuł: „Play"
Autor: Kylie Scott
Tłumacz: Marcin Kuchciński
Liczba stron: 280
Data polskiego wydania: 20 marca 2018
Wydawnictwo: editiored
W moim odczuciu: 7/10


Mal w sumie nigdy nie miał własnej dziewczyny. Na jednej z imprez Davida i Evelyn poznaje niesamowitą dziewczynę, która wydaje się nieco smutna. Postanawia szybko ruszyć jej na ratunek i postanawia, że będzie jej rycerzem w lśniącej zbroi. Ma jednak ukryty motyw, w związku z którym proponuje jej układ - dziewczyna pomoże mu ocieplić jego wizerunek, a w zamian za to jej długi i problemy najzwyczajniej w świecie znikną. Niestety Annie jest postawiona pod murem, ponieważ niedawno nagle wyprowadziła się jej współlokatorka, która od dłuższego czasu nie dokładała się do czynszu, a mówiąc bardziej skrótowo - nie robiła absolutnie niczego, a jeszcze dodatkowo była w stanie zadłużyć się u naprawdę wszystkich. Teraz nadszedł czas poradzenia sobie z jej nieobecnością i długami, które tak naprawdę prawdopodobnie nigdy nie zostaną spłacone...

Mieliśmy okazję już poznać Mala w pierwszym tomie serii Stage Dive. Wszyscy Czytelnicy razem zapałali do niego miłością już wtedy, ponieważ został wykreowany na naprawdę niesamowitego mężczyznę, który dla przyjaciół jest w stanie zawsze się poświęcić, a jeszcze w to wszystko najprawdopodobniej zostanie wplątany jakiś żart, co dało nam obraz bohatera, o którym po prostu chciało się więcej przeczytać. Więcej i więcej. Choć sama miałam niewielkie wahania - zazwyczaj z moim szczęściem drugi tom serii okazuje się być tym najgorszym, to jednak w końcu postanowiłam zaryzykować i zostałam porwana w świat Mala, w którym nawet rozwalone łóżko ma ogromną wartość, dając sposobność wymyślenia dwustu pięćdziesięciu pięciu wymówek przed znajomymi. Wydaje mi się jednak również, że dopiero w tym tomie i właściwie tylko w nim, mamy jakąkolwiek szansę na zapoznanie się z prawdziwym charakterem bohatera. Widzimy go w sytuacjach złych i dobrych, co daje nam troszeczkę szersze pole widzenia niż kiedy był tylko postacią drugoplanową.

Cały pomysł na fabułę wydawał mi się niesamowicie oryginalny. Rzeczywiście wizerunek gwiazdy rocka być może w pewnym momencie powinien zacząć się stabilizować, a poza tym - podobny schemat jest wykorzystywany na tyle rzadko, że naprawdę muszę przyznać, opowieść czytało mi się prawdziwie przyjemnie. Być może pomysłowi z pierwszej części mimo wszystko jednak nie udało się dorównać, jednak główni bohaterowie zdecydowanie pozwolili się polubić i udało im się przeciągnąć mnie na ich stronę mocy. Cóż mam poradzić, przekupna ze mnie dziewczyna i gdy ktoś mi macha przed nosem dobrą historią z niesamowitymi bohaterami, naprawdę ciężko jest mi się opanować. Dobrym przepisem na książkę zawsze było i zawsze będzie wplatanie w nią takiej ilości humoru, abyśmy nie byli w stanie się pohamować. Właśnie to zostało wykorzystane przez Kylie Scott, której udało się napisać książkę, w której zakochane będą wszystkie romantyczki.

Podsumowując, książkę uważam za nawet być może trochę lepszą od pierwszej części, co zdecydowanie nie zdarza mi się za często. Mal nadał całej książce niesamowicie zabawnego, choć również romantycznego klimatu, co bardzo przypadło mi do gustu. Wydaje mi się, że romantyczki powinny być zadowolone, przez co warto sięgnąć po tę opowieść.

piątek, 11 stycznia 2019

„Bestia" L. A. Fiore

15:25:00 0 Comments
Od zawsze byłam zakochana w baśniach, bajkach, opowieściach o księżniczkach, zamkach... Jestem w swoim życiu zawsze zamyślona, dziesięć kroków przede mną. Poza tym, remake czegoś, co już było z jednej strony wydaje się czymś trochę niesprawiedliwie dobrym, a z drugiej strony... Pamiętacie przysłowie jak coś jest głupie, ale działa, to nie jest to głupie? Znajduje zastosowanie.

Nr. recenzji: 224
Tytuł: „Bestia"
Autor: L. A. Fiore
Tłumacz: Paweł Grysztar
Liczba stron: 410
Data polskiego wydania: 12 grudnia 2018
Wydawnictwo: NieZwykłe
W moim odczuciu: 10/10

Nie podejrzewałam nawet, o czym może być ta książka. Z opisu, który wcześniej czytałam dowiedziałam się tylko tyle, że jest to jakaś wersja Pięknej i Bestii, ale jednocześnie, że jest to zdecydowanie wersja, w której się zakocham. Tak, zdecydowanie jestem bardzo przychylna takiemu a nie innemu opisowi, ponieważ wtedy wasze wyobrażenie jest bardzo jasne, a książka dopiero je modyfikuje na swoje potrzeby. Nie, nie jest to przedłużenie tamtej oryginalnej opowieści. Czy bym się domyśliła, że całość pochodzi od Pięknej i Bestii? Tak, prawdopodobnie tak. Czy jednak umniejszało mi to przyjemność z czytania tej książki? Och, wydaje mi się, że ta książka jest jedną z najlepszych, jakie ostatnio dorwałam. 

Bazowanie na wcześniej wielokrotnie opowiadanej opowieści to jednocześnie spore ułatwienie, jak również bardzo duża odpowiedzialność. W każdym momencie czytania książki miałam w głowie wyobrażenie tej prawdziwej Pięknej i Bestii. Odróżniałam sobie dla zabawy fragmenty na których bazowano i te, które były całkowicie nowe. Bałam się, że w pewnym momencie uznam, że jest to za bardzo przekopiowane lub wręcz, że cały czas będzie mi przeszkadzał fakt, iż oryginał był lepszy. A jednak pani L. A. Fiore udało się stanąć na wysokości zadania i stworzyć coś naprawdę interesującego. Przede wszystkim podobało mi się, w jaki sposób wykreowani zostali główni bohaterowie. Już dawno nie spotkałam na swojej drodze czytelniczej podobnie hardych charakterów. Ponad to, autorka celowo nie starała się umniejszać ich wad, co bardzo mnie zaciekawiło i sprawiło, że książka wydawała się naprawdę niesamowicie realna.

Odwaga, czy głupota? Z całą pewnością części czytelników nie przypadnie do gustu to, że główna bohaterka nie postanawia choćby w jednej setnej przekonać głównego bohatera do zmiany swojego zachowania. Nie, stwierdza, że to co robi stało się poniekąd jego pracą, a to absolutnie nie definiuje go jako człowieka. Zdecydowanie jest to bardzo oryginalna myśl, pozostaje pytanie, czy jest trafna. Tym razem pozostawię interpretację mądrzejszym od siebie, osobiście podobało mi się, że postanowiono podejść do problemu od takiej strony. Styl autorki jest raczej zwyczajny - można zauważyć powtórzenia, natomiast dialogi napisane są bardzo prosto. Czyta się lekko i szybko, choć czasem można się znudzić kolejnymi powtórzeniami. Osobiście nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo, ponieważ niesamowicie wciągnęłam się w fabułę, natomiast zdaję sobie sprawę, że jest to spora wada.

Podsumowując, osobiście jestem całkowicie zakochana w tej książce. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, abym mogła pokochać ją mocniej, natomiast zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą mieć problem ze stylistyką autorki - jak mówiłam, w książce występują powtórzenia oraz styl jest raczej prostoliniowy. Natomiast cała reszta - zależy jak do tego podejdziecie, czy zachowanie będzie dla Was odwagą, czy głupotą. Osobiście mi się bardzo podobało.

wtorek, 8 stycznia 2019

"Pan Perfekcyjny" Jewel E. Ann

16:32:00 0 Comments

Tak właściwie to muszę przyznać, że gdy sięgnęłam po tę książkę, to oczekiwałam zwykłego, raczej nudnawego romansu, który po prostu by mnie oderwał na kilka godzin od szarawej codzienności. Niemniej, wydawnictwo Filia po raz kolejny mnie niesamowicie zaskoczyło i jestem niesamowicie szczęśliwa, że udało mi się dorwać tę opowieść.

Nr. recenzji: 220
Tytuł: „Pan Perfekcyjny"
Autor: Jewel E. Ann
Tłumacz: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Liczba stron: 410
Data polskiego wydania: 12 września 2018
Wydawnictwo: FILIA
W moim odczuciu: 9/10

Flint długo szukał idealnego kandydata, któremu mógłby wynająć pomieszczenie w swoim budynku. Chciał kogoś kulturalnego, kto nie będzie mu zbytnio przeszkadzał w prowadzeniu własnej działalności. W końcu natrafia na kogoś idealnego - Ellen była miła, uczynna i bezkonfliktowa. Sprawiała wrażenie cichej i pokornej. Niestety, mężczyzna nie zauważył, że zamierza wykorzystać pomieszczenia do... muzykoterapii. Postanawia czym prędzej zerwać umowę, jednak na drodze spotyka ogromną przeszkodę. Jego autystyczny syn Harrison zaczyna się dogadywać z nową wynajmującą. A więc z każdym dniem wyrzucenie jej na bruk zaczyna coraz bardziej graniczyć z cudem, chociaż dzielnie postanawia pozostać przy swoim postanowieniu, nawet ryzykując kilka złamanych serc na widowni. Czy jednak Ellen zdoła go jakoś przekonać?


Nie sądziłam, że autorka będzie w stanie w sposób tak realistyczny odzwierciedlić to, co sobie początkowo zaplanowała. Myślałam szczerze mówiąc, że będzie to książka jakich na rynku mamy tysiące, jednak udowodniono mi, że nadal jest szansa na wyróżnienie się spoza tłumu, wykreowanie niesamowicie oryginalnych bohaterów oraz podsumowanie tego wszystkiego wpleceniem w oryginalną fabułę, która pozwala czytelnikowi jednocześnie się zrelaksować, jak również całkowicie wciągnąć w akcję i zakochać w głównych bohaterach. Już dawno mi się nie zdarzyło, żebym aż tak mocno przeżywała wszystko wraz z postaciami. A szczerze mówiąc pani Jewel E. Ann wcześniej nie znałam, z tego co udało mi się sprawdzić jest to jej pierwsza książka na naszym Polskim rynku. Ponad to, całość oczywiście jest opleciona dobrym stylem pisania, któremu nie mam nic do zarzucenia, co również się ceni. 

Powrócę jeszcze do bohaterów, bo to akurat jest część nad którą naprawdę chciałabym się porozczulać. Dawno nie spotkałam osób, które jednocześnie będąc aż tak oryginalnymi pozostały takie same aż do samego końca. Kupiło mnie to. Absolutnie przepadłam dla upartego Finna i jeszcze bardziej upartej Ellen, którzy niesamowicie się dopełniali całą gamą charakteru. Tu sztywność, cisza i bezwzględny porządek, tam granie na bongosach, muzyka i stado szczurków. Naprawdę niesamowicie się cieszyłam, kiedy miałam okazję kilka godzin pozostać w ich towarzystwie, ponieważ takich głównych bohaterów nie spotyka się często. Podobał mi się również fakt, że udało się autorce dotknąć ciężkich tematów, jednak nie robiąc z tej książki Gwiazd naszych wina pokolenie 75c. Niby są jakieś problemy, jednak tym razem udowodniono nam, że przecież da się z nimi żyć i nie ma absolutnie żadnych przeszkód, aby żyć inaczej. Wiadomo czasem trzeba się dopasować, jednak dlaczego nie przeżyć życia najlepiej jak się da?

Wiadomo, tego typu książki nie muszą być nowoczesnym odkryciem. Mamy z nimi wesoło spędzić czas i na tym nasza historia powinna się skończyć. Jednak Jewel E. Ann udowodniła, że można w to wszystko wpleść odrobinę magii i w końcu zaskoczyć czytelnika czymś nietuzinkowym do tego stopnia, aby ten poległ na polu bitwy i absolutnie bezgranicznie się zakochał w treści. Na mnie podziałało, czy na Was też podziała?