Insta


czwartek, 4 czerwca 2020

"Miasteczko Rotherweird" - Andrew Caldecott

15:32:00 0 Comments

Nr. recenzji: 371
Tytuł: „Miasteczko Rotherweird"
Autor: Andrew Caldecott
Tłumacz: Katarzyna Krawczyk
Liczba stron: 628
Data polskiego wydania: 31 marca 2020
Wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka
W moim odczuciu: 8/10
Autor recenzji: Kaja


Lubię fikcyjne miejsca ukryte przed resztą świata, choć położone tuż obok. Lubię fikcyjne, tajemnicze historie, dziejące się w owych niedostępnych sceneriach. Tak jak przed laty urzekła mnie opowieść o Hogwarcie, tak teraz nie mogłam oderwać się od „Miasteczka Rotherweird”. Sięgając po tę książkę od razu przeczuwałam, że mam przed sobą powieść niezwykłą – uwagę przykuwa już sama okładka, świetnie zaprojektowana i zapowiadająca gotycki klimat powieści, a komponenty na niej umieszczone sprawiają wrażenie drogi wiodącej ku mrocznym sekretom.


Jeśli chodzi o fabułę – wciąga już od pierwszych stron. We wstępie cofamy się o ponad cztery stulecia i poznajemy grupę dzieci przejawiających szczególne umiejętności, trudno dookreślić, czy faktycznie magiczne, czy jedynie intelektualne, z powodu których królowa, Maria Tudor, decyduje się odizolować je od reszty świata w zamkniętej społeczności miasteczka Rotherweired. Nie jest wyraźnie powiedziane, co wzbudziło tak wielki niepokój władczyni, ale w powietrzu unosi się atmosfera grozy. Owo wplecenie postaci historycznej w fabułę sprawia, że historia zaczyna żyć własnym życiem a czytelnik, mimowolnie, zaczyna percypować przedstawiane wydarzenia jako mające prawo faktycznie zaistnieć. Po tym wprowadzeniu przenosimy się do czasów współczesnych – miasteczko istnieje nadal, lecz wkrótce orientujemy się, iż funkcjonuje niejako w postaci bytu zastygłego w czasie, przywodzi na myśl osobliwego owada uwięzionego na wieki w bursztynie. Jego mieszkańcy to ludzie zamknięci i nieufni, społeczność posiada sztywną strukturę, niezmienną od pokoleń oraz własne prawo składające się z szeregu niepokojących zakazów. Do najbardziej znaczącego z nich należy zakaz zagłębiania się w historię, poznawania jej, odkrywania, nauczania. Wszechobecny lęk przed wiedzą i pełną świadomością sprawia, że czytelnik z zapartym tchem przewraca kolejne strony, pragnąć odkryć choć rąbek tajemnicy. Klaustrofobiczny ład miasteczka zostaje zachwiany, kiedy niezależnie od siebie pojawia się w nim dwójka przybyszów z zewnątrz – młody historyk Oblong oraz bogacz bardzo zainteresowany zgłębieniem otaczających go tajemnic. I, jak nietrudno się domyślić, to prowokuje lawinę zdarzeń, która wywróci do góry nogami cały panujący wcześniej schemat życia.

Ogromnym plusem tej historii jest, jak już wspomniałam na początku, nastrój. Tajemniczy i mroczny, przywodzący na myśl powieść gotycką i bizantyjską jednocześnie. Na początku autor umieścił rozpiskę postaci, co bardzo się przydaje podczas lektury, gdyż bohaterów jest naprawdę wielu i są oni bardzo osobliwi. Kiedy ich poznajemy, momentami trudno sobie wyobrazić, jakie mogą mieć znaczenie dla fabuły, jednak później okazuje się, że każdy z nich został dokładnie przemyślany i obdarowany zestawem bardzo celowych cech i umiejętności. Kolejną zaletą jest konstrukcja fabuły – składa się ona z wielu wątków i przez długi czas żaden z nich nie wysuwa się wyraźnie na prowadzenie. Tak więc zgłębianie ich wymaga od czytelnika stałego poziomu koncentracji, gdyż czytając odnosimy wrażenie, że istotny może okazać się każdy szczegół. Za wadę uznałabym fakt, że nie każdy z bohaterów został zaprezentowany z jednakową pieczołowitością – niektórych potraktowano bardziej pobieżnie. Długo też musimy czekać na rozwinięcie fabuły, to jednak, jak dla mnie, niekoniecznie przemawia na niekorzyść książki, choć wielu właśnie tak mogłoby to postrzegać. Spotkałam się z określeniem, że jest to Harry Potter w wersji dla dorosłych i, choć sama w pierwszym akapicie nawiązałam do tegoż klasyka, uważam, że takie porównanie z góry skazuje czytelnika na rozczarowanie. Tak więc zachęcam, by niczym się nie sugerować i na nic konkretnego nie nastawiać, a po prostu dać książce szansę i pozwolić się ponieść lekturze.

niedziela, 31 maja 2020

To nie jest, do diabła, love story. Tom I - Julia Biel

10:00:00 0 Comments

Czasem wydaje Nam się, że możemy zaplanować wszystko i wmówić sobie, że tak ma być. Później jednak następuje zderzenie z życiem, które ma wobec Nas zupełnie inne plany.


Nr. recenzji: 367
Tytuł: „To nie jest, do diabła, love story”
Autor: Julia Biel
Liczba stron: 376
Data polskiego wydania: 15 kwietnia 2020
Wydawnictwo: Media Rodzina
W moim odczuciu: 9/10
Autorka: Małgorzata Górna


Julia Biel to Polska pisarka, która zadebiutowała dzięki serii Love Story. Szczerze mówiąc na początku nie byłam przekonana. Niby nie love story, chociaż podświadomie wiadomo jak będzie (ale przynajmniej powiało nutką tajemniczości), polska autorka, młodziewżówka, debiut...Ale postanowiłam zaryzykować. Moja miłość do emocjonujących historii i zagubionych zakochanych była silniejsza. Czy żałuję? Wiedziałam, że będę chciała momentami rzucić tą książką, ale jeszcze nie znałam powodów. Wiedziałam, że coś złamie mi serce, ale też nie wiedziałam jeszcze co. Na szczęście książka nie ucierpiała w żadnym sensie, nie tylko dlatego, że ma ładną okładkę.


Powiem wprost: zakochałam się po uszy. Prawdą jest też fakt, że miałam złamane serce, na szczęście tylko przez chwilę. Potem oprzytomniałam i z wytęsknieniem czekam na drugi tom. Już wyjaśniam dlaczego. Autorka pisze z niespodziewaną lekkością, chociaż wszystko dzieje się bardzo szybko. Nie odczuwałam, by czasoprzestrzeń była przez to zaburzona, bo przez tę historię się po prostu przepływa. Jest zabawna, z idealnie wyważonym sarkazmem, naturalna, emocjonalna i życiowa. Opisana ekspresja wydaje się bardziej niż prawdziwa, a występujące gamy emocji (momentem sięgające zenitu) to jest coś więcej niż tylko śmiech i płacz. Co do sytuacji z życia wziętej Julia Biel trafnie opowiada o wewnętrznych rozterkach niejednego zakochanego nastolatka. Wydaje mi się też, że zwraca uwagę na problem relacji rodzic-dziecko. Główna bohaterka – Ella - „sama się wychowuje” i być może warto się zastanowić co się za tym kryje.


Wracając do głównego wątku Elli i Jonasza – po prostu wciąga, nic nie można na to poradzić. Jest zabawna i nieprzesadnie urocza, aż nabiera się odwagi i chce się zakochać! Istnieją jedyne dwie małe ryski, których nawet nie nazwałabym wadą, tylko mnie zdziwiły. Po pierwsze – przeniesienie amerykańskiego życia do Poznania, a po drugie – mieszanka amerykańskich i polskich imion. Julia Biel jest ogromną fanką Ameryki i to widać. Czułam się troszkę nieswojo, momentami zapominałam, że akcja dzieje się w Polsce, ale to nic.


Na koniec chciałabym tylko powiedzieć, że dawno nie przeczytałam książki tak szybko. Polecam ją całym sercem wszystkim tym, który potrzebują mentalnego zakochania. Ostrzegam tylko przed czytelniczym kacem, ale w życiu czytających czasem tak bywa.

czwartek, 28 maja 2020

"Zwariowane opowieści" Gudule

21:08:00 0 Comments


Nr. recenzji: 370
Tytuł: „Zwariowane opowieści"
Autor: Gudule
TłumaczMałgorzata Hesko-Kołodzińska
Liczba stron: 128
Data polskiego wydania: 9 marca 2020
Wydawnictwo: Media Rodzina
W moim odczuciu: 8/10
Autor recenzji: Lucyna Janicka

Tytuł książki bardzo mnie zachęcił, a grafika znajdująca się na okładce jest bardzo przyjemna w odbiorze, dlatego zdecydowałam się na recenzję “Zwariowanych opowieści” Gudule. Krótki opis książki sprawił, że na mojej twarzy pojawił się uśmiech i byłam jeszcze bardziej ciekawa treści. Przeczucie, że książka będzie bardzo dobra, nie zawiodło.


Kiedy otrzymałam książkę i zaczęłam ją przeglądać, od razu wyczułam doskonałą jakość papieru użytego do wydrukowania jej. Jestem wrażliwa na punkcie takich drobnostek, więc już z tego tytułu książka zyskała ogromnego plusa. Trzymając kartkę w ręce ma się wrażenie, że nie trzyma się jednej, ale dwie lub nawet trzy, jednak nie jest to sztywność papieru technicznego. Czuć pod palcami, że papier jest naprawdę wysokiej jakości.  W książce znajduje się aż trzynaście historii, które zgodnie z tytułem, są zabawne. Ilustracji w książce nie ma zbyt wielu, ale te, które są, bardzo dobrze pasują do treści opowieści. Kolory grafik są bardzo zbalansowane i zrównoważone, przyjemne dla oka. Czcionka jest dość duża, a odpowiedniej wielkości interlinia z pewnością ułatwi dzieciom czytanie. 


Wśród trzynastu opowieści znajduje się jedna, która szczególnie podbiła moje serce. Jest to opowiadanie o Omerze i jego zębach oraz o tym, jakie przygody spotkały go, kiedy nie mógł myć zębów i nie dbał o higienę. Historia jest szczególnie zabawna dzięki doskonałemu zabiegowi Gudule, który polegał na fonetycznym zapisie zdań wymawianych przez Omera zmagającego się z bólem zębów. W historii dużą rolę odgrywa także Lady Jolanda, matka chłopca, która pod wpływem wskazówek dentysty podjęła bardzo ważną decyzję. Na drugim miejscu w mojej opinii znajduje się opowieść o mateczce Oretynce i ojczulku Jejujej. Jest to historia dwóch sąsiadów staruszków, z czego ojczulek ma koguta, a mateczka kurę. Po sąsiedzkim dogryzaniu sobie wzajemnie i złości ojczulka, przebiegły kogut postanowił pomóc swojemu panu i zrobić coś, czego kura mateczki nie byłaby w stanie, by ocalić jego i swój honor.  


Mam jednocześnie drobną uwagę w kierunku jednej z opowieści Gudule. Chodzi o opowiadanie o królu, który dmuchał na makaron. Samo w sobie opowiadanie jest zabawne i dobre na poprawę humoru, jednak już na początku pojawia się w nim księżniczka stosująca ścisłą dietę. Polegała ona wyłącznie na jedzeniu makaronu i niczego, poza tym. Następnie pojawia się zwrot skierowany do czytelnika, by wyobrazić sobie królewnę o “wielgachnych czerwonych policzkach, pulchnych biodrach, pokaźnych brzuszyskach i tłustych łydkach”. W mojej opinii jest to podtrzymywanie sztucznego kanonu piękna, w którym kobieta musi być szczupła, by być piękna i wartościowa. Nie zgadzam się z tym i jest to swego rodzaju punkt zapalny. Ten fragment będę omijać lub zastępować go tym, że księżniczki zwyczajnie mają swoje zasady, według których chcą żyć.  


Pomijając ten niewielki mankament, o którym napisałam wyżej, styl pisarki Gudule jest rewelacyjny. Zapis fonetyczny, doskonale dopasowane i wymyślone imiona bohaterów, pomysłowość autora idą w parze z umiejętnością zilustrowania przez Claude K. Duboisa. Wszystko to razem daje naprawdę dobrą książkę dla dzieci, z której ze spokojem mogą śmiać się także dorośli w każdym wieku. Tak jak wspomniałam na początku, książkę doceniam za bardzo wysoką, jeśli nie najwyższą, jakość papieru, doskonałe ilustracje i kolory. Turkus w połączeniu z bielą wygląda dla mnie wprost przepięknie, jestem zachwycona! 


W mojej opinii można z czystym sumieniem przymknąć oko na drobne potyczki autora, które z powodzeniem można zastąpić inaczej, zgodnie z kreatywnością i zdaniem rodziców. Tytuł “Zwariowane opowieści” nie wprowadza czytelnika w błąd i z całą pewnością możemy liczyć na to, że lektura książki poprawi nam humor. Swojemu trzylatkowi próbowałam przeczytać ulubioną przeze mnie historię o Omerze, jednak póki co nie był zainteresowany. Z pewnością będę próbować sięgnąć po książkę jeszcze za jakiś czas. Myślę, że wszystko zależy od dziecka i jego umiejętności i chęci słuchania, a także po prostu od ochoty na dłuższe opowieści. Książkę stawiam na regale dla trzylatka i myślę, że w tym wieku dziecko zrozumie przedstawione treści, a przynajmniej dużą ich część. 

środa, 27 maja 2020

"Osiem małych planet" Chris Ferrie

09:50:00 0 Comments


Nr. recenzji: 369
Tytuł: „Osiem małych planet"
AutorChris Ferrie
TłumaczAnna Urban
Liczba stron: 18
Data polskiego wydania: 13 marca 2020
Wydawnictwo: Media Rodzina
W moim odczuciu: 10/10
Autor recenzji: Lucyna Janicka

Książeczka "Osiem małych planet" od początku wydawała mi się niezwykle interesująca. Mój trzylatek w ostatnim czasie fascynuje się gwiazdami i kosmosem, więc tym bardziej to propozycja idealna dla nas. Mnóstwo kolorów, fantastyczne wierszyki i ogromna porcja wiedzy - tego możemy oczekiwać od nowości Chrisa Ferrie.


Autor książki "Osiem małych planet" jest także odpowiedzialny za pojawienie się na rynku serii książek Uniwersytet malucha. Chris Ferrie jest kanadyjskim fizykiem i badaczem, który dumnie kroczy przez życie również jako ojciec czwórki dzieci. Autor jest zdania, że dziecko nie może być za małe, by zdobywać wiedzę. Stąd właśnie zrodził się pomysł, by tę ważną i cenną naukę przekazywać maluchom od najmłodszych lat za pomocą prostych książeczek. Do sięgnięcia po ten egzemplarz zachęca mnie cudowna grafika na okładce i wycięte na wzór układu słonecznego strony ze Słońcem w centrum. "Osiem małych planet" stała się jedną z ulubionych książeczek mojego trzylatka.



Od pierwszego kontaktu z książką zachwyca mnie jej grafika i bogactwo kolorów. Mamy tu wszystkie odcienie tęczy i jeszcze mnóstwo innych, całość wygląda naprawdę fenomenalnie! Na okładce widzimy uśmiechnięte planety, mniejsze i większe gwiazdy, a także zaznaczone gwiazdozbiory. Co ciekawe, rysunków planet jest dziewięć, a nie osiem. Okazuje się, że Ferrie zadedykował książkę planecie karłowatej o imieniu Pluton, o czym możemy przeczytać na tylnej okładce. I choć planeta oczywiście nigdy się o tym nie dowie, uważam, że to naprawdę fantastyczny gest i rodzaj ukłonu w kierunku Plutona, który został wykluczony z tego zaszczytnego planetarnego grona. Każda strona, dokładnie tak samo jak okładka, zachwyca mnie ilością kolorów i rewelacyjną grafiką. Przywykliśmy do tego, że planety wymieniamy od Merkurego. W książce jednak przedstawienie tych kosmicznych olbrzymów rozpoczyna się od Neptuna. Taki zabieg jest doskonale połączony z grafiką - w miarę wymieniania kolejnych planet zbliżamy się do Słońca, które znajduje się w centrum. 


Na każdej ze stron znajduje się ogrom wiedzy, którą autor ma w zwyczaju przedstawiać w niezwykle prosty sposób. Na początku kieruje pytanie, czy każda z planet jest super i czy wszystkie są szczęśliwe. Razem z planetami podążamy w wyjątkową podróż, by poznać je i zdobyć cenną wiedzę. Wszystkie informacje są ujęte w zabawnych i przyjemnych wierszykach, które stanowią zaledwie cztery linijki rymowanego tekstu. Poznajemy numer planety, przykładowo szósta, piąta, trzecia itd., a także podstawowe informacje, które jej dotyczą. Z wierszyków wiemy, że Mars jest czerwony od piasku i pyłu, miewa dużo piaskowych burz, a także może pochwalić się najwyższą w Układzie Słonecznym górą. Najważniejsze informacje w pigułce są obleczone w niezwykle atrakcyjną zabawną formę. Na ostatniej stronie autor odpowiada na zadane przez siebie na początku pytania. Kiedy przeczytałam synkowi wszystkie wierszyki i zamknęłam książkę, okazało się, że tylna okładka obfituje w dodatkowe informacje, których nie było w książce. Dodatkowo dostajemy osiem ciekawostek - o każdej z planet po jednej. 



"Osiem małych planet" jest drugą książką Chrisa Ferrie w kolekcji książkowej mojego trzylatka. Urzeka mnie prostota, z jaką autor wyjaśnia skomplikowane zjawiska, by były jak najbardziej zrozumiałe. Mój trzylatek uwielbia obie książki. "Osiem małych planet" to moim zdaniem książeczka przeznaczona dla dzieci od drugiego roku życia. Sądzę, że pojęcia planet mogą być dla nich niezrozumiałe, jednak z pewnością zachwycą się grafiką i kolorami. Mój syn często prosi nas o czytanie tej książeczki, uśmiecha się podczas słuchania i z żywym zainteresowaniem ogląda dokładnie każdą stronę, dopytuje o obrazki. Pozycja jest naprawdę doskonała i uważam, że stanowi obowiązkową lekturę dla fanów kosmosu, gwiazd i tej ogromnej przestrzeni nad nami. Jest to jedna z piękniejszych graficznie książek, natomiast przedstawiona wiedza jest podana w prosty i zrozumiały sposób. Jestem pewna, że książka posłuży maluchowi przez długi czas. Ode mnie ocena maksymalna, jestem zachwycona!