Insta


sobota, 21 września 2019

Nie(młodość)

15:00:00 0 Comments

NIE(MŁODOŚĆ) NATASZA SOCHA

We współczesnej kulturze starość jest nadal tematem tabu. W mediach społecznościowych, życiu, na ulicach, w telewizji i w innych środkach masowego przekazu pielęgnuje się kult piękna i młodości. Istotą jest pokazanie, że tylko młodzi ludzie mają swoje miejsce w świecie. Zupełnie jakby tylko oni mieli prawo do egzystowania.

Czy to rzeczywiście prawda?

Czy wszyscy starsi ludzie są nieciekawi, zrzędliwi, cierpią na rozmaite schorzenia, nie potrafią porozumieć się z młodzieżą, a głównym tematem rozmów z nimi są wyłącznie choroby i dolegliwości cielesne? Czy wszyscy starsi ludzie jako swoje główne hobby traktują czekanie w kolejkach do lekarzy czy zajmowanie miejsc w tramwajach i autobusach?

Czy rzeczywiście……?

Bardzo często wydaje się nam, że ludzie starzy zawsze byli starzy. Z ręką na sercu – komu z was drodzy czytelnicy zdarzyło się patrzeć na swoich dziadków nie tylko przez pryzmat ich wieku, ale także jako na człowieka? Na kobietę czy mężczyznę, który z pewnością miał i ma liczne zainteresowania, który w młodości tez nie wyobrażał sobie jak to będzie kiedy ukończy 60, 70, 80 lat….. Na osobę, która nie chce być tylko „dziadkiem” czy „babcią”, która poza życiem wnuków czy dzieci chce mieć jeszcze własne pasje i radości i o których warto z nimi rozmawiać i wspierać ich w ich realizacji.

Pewnie nielicznym.

I z tego powodu warto sięgnąć po finałową część trylogii Nataszy Sochy „Nie” czyli Nie(młodość), której główną bohaterką jest Klarysa.

Już samo imię sugeruje, że nie mamy tu do czynienia z nastolatką, jednak nie powinno to nikogo zniechęcać, bo pomimo metrykalnego wieku, Klarysa ma w sobie więcej ognia i energii niż niejeden dwudziestolatek. Chce żyć pełnią życia i w momencie w którym zdaje sobie sprawę, że jest to niemożliwe ze względu na chorobę i kłopoty z pamięcią nie może się z tym faktem pogodzić. Aby zapewnić babci odpowiednią opiekę jej wnuk przekazuje ją w profesjonalne ręce personelu domu opieki. I tutaj dopiero zaczyna się zabawa. Bo Klarysa ze swoim „diabelnym” charakterem wcale nie podporządkowuje się łatwo panującym tam zasadom.

Drugą bohaterką powieści jest Marta, przedstawicielka pokolenia trzydziestolatków. Z typowymi dla tej grupy problemami – życiowymi, finansowymi, uczuciowymi.

Zbieg okoliczności sprawia że losy dwóch pań splatają się. Choć początkowo są one wobec siebie nieufne i wydaje się, że bariera pokoleniowa będzie nie do przełamania, wraz z upływem czasu rodzi się między nimi przyjaźń, zrozumienie, wzajemny szacunek. Każda z bohaterek odnajduje we wzajemnej relacji coś co wpływa na jej sposób postrzegania świata, modyfikuje go i pozwala wyciągnąć życiową lekcję.

Nie(młodość) stanowi świetne podsumowanie książkowej trylogii, która odnosi się do współczesnej „triady wartości” – miłości, piękna i młodości i która z pewnością żadnego z czytelników nie pozostawi obojętnym. Pomimo iż tematyka nie należy ani do łatwych ani przyjemnych powieść pisana jest z niesamowitą lekkością pióra, co sprawia że kolejne strony po prostu znikają w zaskakującym tempie. Nie brak w powieści momentów wzruszeń, ale również wątków komicznych, które nadają jej dynamizmu i sprawiają że bohaterki stają się nam bliższe. Dodatkowo, książka pozwala spojrzeć z innej perspektywy na przedstawicieli starszego pokolenia, o czym wspomniałam już wyżej. Okazuje się że ludzie w wieku 60+ to niekoniecznie „stare zrzędy”, które nie wiedzą jak się bawić.  Wbrew pozorom – to właśnie oni mają na to najlepsze sposoby. Za plus należy także uznać umiejętne zestawienie dwóch pokoleń. Okazuje się bowiem, że nie zawsze trzeba podchodzić do drugiej strony jak do przysłowiowego jeża i automatycznie skreślać ich poglądy, przekonania, wartości. Czasami warto zejść z piedestału, posłuchać i wyciągnąć wnioski. Dzięki temu życie nie raz może nas zaskoczyć.

Ponadto, mimo iż mamy tu do czynienia z beletrystyką każdy rozdział rozpoczyna się ciekawostką – przedstawieniem kilku faktów na temat, który poruszany jest w danym rozdziale, co sprawia że łączymy przyjemną, lekką lekturę z jednoczesnym uzupełnianiem naszej wiedzy.

Nie(młodość) to powieść idealna na jesień, która już przecież formalnie się zaczęła. Lektura tej książki z pewnością nie raz rozgrzeje waszą duszę lepiej niż herbata z cytryną i skłoni do refleksji.

czwartek, 19 września 2019

"Szczęście dla zuchwałych" Petra Hulsmann

19:00:00 0 Comments

Nr recenzji: 318
Tytuł: „Szczęście dla zuchwałych"
Autor: Petra Hulsmann

Tłumacz: Agnieszka Hofmann
Liczba stron: 512
Data polskiego wydania: 18 września 2019
Wydawnictwo: Initium
W moim odczuciu: 8/10

                                            Autor recenzji: Jolanta Rachwalska

Petra Hulsmann to poczytna niemiecka pisarka, która na swoim koncie posiada już kilka książek. Ukończyła studia germanistyczne oraz kulturoznawstwo. Po odbyciu podróży do Azji Południowo - Wschodniej napisała swój debiut, który szybko okazał się bestsellerem na liście tygodnika Spiegel. Otrzymała nawet nagrodę za debiutancką powieść "Trzmiele w sercu". Idealna pozycja dla interesujących się żeglowaniem, aczkolwiek laik również znajdzie coś dla siebie, gdyż Petra dokładnie tłumaczy zagadnienia związane ze szkutnictwem. Pewnie dlatego, że sama również uwielbia żeglować. Podczas rejsu powstała właśnie ta książka. Bardzo lekkie pióro pisarki sprawia, że czytając ma się uczucie jakby się płyneło przekładając kartki w zaskakującym tempie. Co prawda nie jest to thriller trzymający w napięciu, ale autorka zgrabnie podsyca ciekawość czytelnika. Szczerze mówiąc jeszcze nie słyszałam o pani Hulsmann, być może dlatego, że ta książka jest pierwszym przekładem z języka niemieckiego na język polski.


Wzruszająca a jednocześnie zabawna opowieść o Marie, córce szkutnika i właściciela prężnie działającej stoczni. Akcja toczy się w nadmorskiej części Niemiec. Główna bohaterka jest singielką, której czas upływa na imprezowaniu, żyje z dnia na dzień, mając mało ambitną pracę. Nagle ten w miarę uporządkowany świat zostaje zburzony przez wiadomość o chorobie siostry Christine. Choroba jest na tyle poważna, że wymaga od Marie zmiany miejsca zamieszkania oraz pracy. Szybkość zmian zaskakuje ją samą. I chociaż uwielbia swoją siostrę i jej dzieci, to sama myśl o tak wielkie rewolucji w jej życiu jest dla niej przerażająca. Jeszcze jakby tego było mało ma zająć się rodzinnym biznesem i współpracować z prawą ręką jej ojca - Danielem, którego nie darzy szczególną sympatią. Marie jest przeciwniczką stałych związków, ale los płata jej figla i w tym całym chaosie jeszcze znajduje miłość. Interesująca jest również przemiana naszej bohaterki, która z lekkomyślnej trzpiotki przeistacza się w kobietę silną, ambitną, która w końcu wie czego chce. Wreszcie może pokazać co tak naprawdę potrafi i czego nie spodziewałby się po niej nawet jej ojciec. Zyskuje na tym nie tylko jej rodzina ale i współpracownicy stoczni.



Pisarka ukazuje wielką moc miłości siostrzanej, jak relacje rodzinne wpływają na kształowanie się osobowości i to kim jesteśmy w przyszłości. Zmusza do refleksji i porównania swoich odczuć na tle bohaterów. Przynajmniej ja to tak odebrałam. Muszę przyznać, że są tu świetne dialogi oparte na humorze, zabawne anegdoty sytuacyjne przeplatane rodzinnymi problemami i niesnaskami. Fabuła nie jest zaskakująca, można łatwo przewidzieć zakończenie książki, ale jest napisana w tak przystępny sposób, że i tak warto po nią sięgnąć. Polecam z czystym sercem każdemu. Naprawdę warto przeczytać by odpocząć od trosk dnia codziennego i zastanowić się nad tym co jest dla nas w życiu ważne. Książka nasączona emocjami i pozytywną energią oraz wiarą w to, że jutro będzie piękny dzień i wszystko się ułoży pomimo chwilowych zawirowań losu. Czekam na kolejne polskie tłumaczenie książek Petry Hulsmann albo zacznę się uczyć języka niemieckiego by czytać te książki w oryginale.







wtorek, 17 września 2019

"Jezioro Ciszy" Anne Bishop

14:00:00 0 Comments
 „Jezioro Ciszy" Anne Bishop


Nr. recenzji: 316
Tytuł: „Jezioro Ciszy"
Autor: Anne Bishop
Tłumacz: Emilia Skowrońska
Liczba stron: 478
Data polskiego wydania: 18 września 2019
Wydawnictwo: Initium
W moim odczuciu: 6,5/10
Autor recenzji: Daria Pogodzińska

Vicki DeVine w ramach ugody rozwodowej dostaje stary ośrodek w małym miasteczku Sprężynowo. Kłębowisko oraz reszta terenów Sprężynowa nie są oddzielone od terenów Innych. Inni jako grupa byli drapieżnikami, którzy żyli na całym świecie i byli przerażający. Vicki mieszka w ośrodku wraz ze zmiennokształtną współlokatorką. Aggie Wrona, gdy tylko chce, zmienia się we wronę. Zmiennokształtna znajduje martwego mężczyznę i wtedy zaczynają się problemy dla Vicki, która chciała prowadzić nowe, spokojne życie. Policjanci próbują zrzucić winę na kobietę, chociaż poszlaki wskazują na to, że morderstwa dokonała siła wyższa. Ważne jest to, by ludzie nie zapomnieli, iż na terytorium innych, ludzkie prawa nie obowiązują.


Powieść mogą czytać osoby, które nie znają twórczości oraz innych książek z cyklu Inni, ponieważ ta opowieść to osobna historia. Jest to trochę skok na głęboką wodę, jeśli nie zna się innych książek, ponieważ świat jest już wykreowany i występują postacie, które wiążą się z całą resztą. Nie ma się jednak co obawiać. Autorka stara się w całą akcję wpleść krótkie wyjaśnienia świata. Od tego czym jest kłębowisko, poprzez terra indigena aż do Innych. Z początku nie rozumiałam przedstawionego świata, ale im dalej. tym coraz więcej szczegółów zostaje podanych i można się w tym dziwnym świecie odnaleźć. Bohaterowie nie są infantylni. Nie zachowują się głupio, nie są także nastolatkami, Vicki to trzydziestoletnia kobieta. Uczy Aggie różnych zachowań ludzkich, Wronie oraz innym z jej gatunku czyta książki. Można ją polubić i tak też bylo w moim przypadku, nie denerwowała mnie, ale nie jest to osoba, która zapadnie mi w pamięć, przez swoje zachowanie, charakter. Nie sposób nie wspomnieć o okładce, która przyciąga uwagę. Ma w sobie coś przerażającego, a za razem ciekwego i tajemniczego.


Fabuła powieści jest ciekawa, zabójstwo człowieka, poszukiwanie winnych, sprawy Kłębowiska. Jednakże nie czułam się bardzo wciągnięta w historię. Chciałam śledzić losy bohaterów, lecz nie był to przykład, gdy nie mogę się oderwać od książki i poświęcam się jej całkowicie. Akcja nie pędzi na łeb na szyję, dla osób, które nie znają świata, to dobrze, bo przy tylu nowych informacjach wraz z pędzącą akcją można by się pogubić, Książka może się spodobać starszym czytelnikom, bo też takie problemy ma bohaterka, nie są to miłosne rozterki, czy problemy szkolne, ale rozwód, prowadzenie własnej działalności. Sądzę, że to właśnie przez to, nie czułam fabuły, tak by się zachwycić.


Reasumując, polecam tę książkę fanom twórczości Bishop, ala także tym, którzy chcą sprawdzić, czy twórczość autorki jest dla nich. Świat, oraz postacie są różnorodne oraz interesujące. Opisy nie są długie i nudne, a język nie obfituje w wulgaryzmy. Całość czyta się płynnie, czcionka jest wygodna do czytania. Główna bohaterka przyjazna, lecz nie skradła mojego serca, tak samo jeśli chodzi o fabułę. Byłam zaciekawiona losami oraz tym jak wyjaśni się cała sprawa, ale nie zarwałam nocki dla tej książki. Nie będę bardzo długo pamiętać o tej książce, ale czy jednak książka mi się nie podobała? Absolutnie nie, powieść oceniam na dobrą, widzę jej zalety (których jest więcej) i wady, ale są inne książki, które bardziej przypadły mi do gustu. Gdy tylko będę miała okazę, chętnie przeczytam resztę książek Anne Bishop.

poniedziałek, 16 września 2019

"Anioł stróż czy czekolada?" Lucy Miosga

15:33:00 0 Comments

"Anioł stróż czy czekolada? " - Lucy Miosga 



Nr. recenzji:315
Tytuł:„Anioł stróż czy czekolada? "
Autor:Lucy Miosga
Liczba stron: 168
Data polskiego wydania:  sierpień 2019
Wydawnictwo: Novae Res
W moim odczuciu: 3/10
Autor recenzji: Agnieszka Jarosz 

"Anioł stróż czy czekolada?" - tak brzmi tytuł książki, którą chcę Wam dzisiaj zaprezentować. Jest to książka, której zarówno tytuł jak i szata graficzna okładki od razu nasuwają skojarzenie, że będzie to lekka powieść obyczajowa, może ze szczyptą miłości w tle. Nic bardziej mylnego.

 Lucy Miosga, autorka książki zawarła w niej dziennik kobiety, przewlekle chorej, której ból jest częścią życia. Z pozycji tej jednak nie dowiemy się na co choruje, przez co nie możemy zbliżyć się zbytnio do głównej bohaterki. Jej życie jest wyliczanką dobry/zły dzień. Kiedy nadchodzi ten zły, nie jest w stanie ruszyć się z łóżka, a ból targa całym jej ciałem. Natomiast w te dobre stara się żyć nie myśląc o chorobie i nie pozwalając jej zdominować swojego życia. 

Główna bohaterka w swoim dzienniku zapisuje, ważne dla siebie przemyślenia dotyczące życia, zależności, marzeń, wszechświata. I tu jak w życiu, coś co dla jednej osoby jest ważne i odkrywcze  o dla innej, w tym przypadku czytelnika, zwyczajnie jest nudne i nieatrakcyjne. 

Książka pokazuje, że człowiek w czasie choroby, mimo iż ma przy sobie bliskich, to psychicznie jest sam. I w tej walce jest się chory kontra choroba. Pokazuje również bardzo smutną prawdę, jak osoby związane z chorym luźniejszymi relacjami, powoli znikają z naszego życia. 

Z całą pewnością postawa głównej bohaterki jest warta naśladowania. Nie ma ona bowiem zamiaru tanio sprzedać skóry i poddać się bez walki. W lepsze dni nie opuszcza jej humor i pozytywne nastawienie pełne marzeń na przyszłość. 

Ciężko mi stwierdzić pod jaki gatunek należałoby ten tytuł podpiąć. Z całą pewnością różni się bardzo od wszystkich czytanych wcześniej przeze mnie. Jednak nie zawsze inny znaczy lepszy. W książce zabrakło mi fabuły. Pomimo iż mamy bardzo wyraźnie zarysowany główny wątek jakim jest choroba, to fabuła książki stoi w miejscu. Zdaje się, że czytamy pojedyncze kartki, które wypadły komuś z jakiejś większej zawartości. 

Nie dowiemy się co było przed ani co będzie po, a to sprawia, że książka mimo niespełna 170 stron jest strasznie męcząca. Spodziewałam się po jej opisie czegoś bardziej wciągającego, a tymczasem z trudem przebrnełam do końca. 

W mojej ocenie z przykrością muszę dać 3 na 10 punktów. 

niedziela, 15 września 2019

Za starzy na fantastykę

12:00:00 0 Comments
„Jak możesz czytać takie bzdury?” „To przecież książki dla dzieciaków.” Pewnie każdy fan fantastyki się z tym spotkał, prawda? Ja również. A sama zresztą zadaję sobie pytanie, jak kogoś może bawić „American Pie, a jakakolwiek twarz Greya wywoływać rumieńce na policzkach. Jedyny słuszny Pan Szary to Gandalf. Gandalf Szary.
Ale nie wszyscy muszą być tacy sami, prawda? I nic nie może równać się z fantastyką. Otóż to.
Jako mała dziewczynka, ja i moje rówieśniczki marzyłyśmy o wielkiej miłości. O księciu o gładkim licu i pięknych oczach. Z bajki, na białym koniu. Z zamkiem i milionami w skarbcu. Każda z nas chciała wyglądać jak Kopciuszek na balu, i matki chrzestne uczynne i pomoce jakie miała Aurora. Szybko z tego wyrosłam. One nadal goniły za księciem i pantofelkami, a ja... Nawet nie pamiętam kiedy to wszystko się zaczęło. Nagle czytałam o odległych światach, o nierealnych potworach, o elfach, krasnoludach, smokach i sprawiało mi to nieprawdopodobną przyjemność. Nie byłam już taka jak one, o nie. Ja chciałam za męża Włóczykija albo Thora. Ja pragnęłam przenieść się w świat Jumanji, chciałam być w Nibylandii i zemścić się raz na zawsze na tych, którzy mówią, że wróżki nie istnieją. Raz, dwa. (Trzeba klasnąć w dłonie, żeby żadna nie zginęła.)
Dawniej próbowałam sobie radzić z problemami, o których czytałam w książkach. Poradzić na swój sposób, na sposób dziecka. Gdy teraz do nich wrócę, widzę, że te problemy nadal istnieją, nadal z nimi muszę sobie radzić. Ale już nie w momencie czytania i rozmyślania o historii, do której się na moment przeniosłam. Ale tutaj, w prawdziwym życiu. Tu i teraz. Nie w odległej galaktyce, nie w spokojnym królestwie elfów, nie za Pagórkiem.
Nie mam i nigdy nie miałam utartych ścieżek jeśli chodzi o gatunki czy w literaturze, filmie jak i w muzyce. Czytam, oglądam i słucham wszystkiego co było pod ręką, nie skreślam książki po okładce, filmu przez aktora, za którym nie przepadam. Oczywiście, nie wszystko mi się podoba, do większości nie wrócę już nigdy. Ale też nigdy nie żałowałam, że poświęciłam na to czas. Nie wiem i nigdy nie zrozumiem, jak można stracić czas na coś, co przeniosło nas choćby na chwilę w świat zupełnie inny niż ten za oknem. Gdy przez moment wcielaliśmy się w umysł mordercy chcąc odgadnąć co popycha go do tak niecnych czynów. Gdy wzruszaliśmy się razem z głównym bohaterem, gdy ukochana córka wychodzi za mąż. Gdy wiedzieliśmy, że on i tak nas dopadnie, ale nadal mieliśmy nadzieję, że uda nam się uciec.
To w fantastyce znalazłam coś dla mnie najważniejszego. Uniwersalność i rzeczywistość. To nie prawda, że fantastyka nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Wręcz przeciwnie, to ona uczy nas wszystkiego o świecie. To właśnie jest to coś. To esencja, istota miłości do świata przedstawionego. To, że wcielamy się w te role, że zamykamy oczy i widzimy te drzewa, góry, oceany, które są w innym świecie. W tym świecie, w którym pragniemy uczestniczyć. To, że utożsamiamy się z rozterkami bohaterów, od razu przekształcając ich problemy w nasze. Mamy te same dylematy, smutki i lęki. Te same radości i pragnienia. Nieważne, że nasze światy są różne, że tamten jest nierealny. Realne są nasze uczucia. Dokonujemy wyborów, lepszych lub gorszych. Chronimy swoich bliskich, walczymy o swoją przyszłość, o przekonania, o wolność. Tak jak Tam, tak jak Oni. Smok też jest rzeczywisty choć przybiera ludzką postać.
Miłość do fantastyki, raz zaszczepiona, nie umrze. Ona może się utajnić, schować gdzieś na dnie, ale nigdy nie zniknie. Powróci w najmniej oczekiwanym momencie przypominając te wszystkie dobre wspomnienia lotem błyskawicy. Będzie ewoluować, a my razem z nią wspinać się na coraz wyższe poziomy.
Mimo upływu lat, uważam, że dopiero teraz zaczynam być świadomym fanem fantastyki. Teraz jestem jej pewna.

Nie jesteśmy na nią za starzy. To niektórzy są ciągle zbyt młodzi.

Raz.
Dwa.



@weziczytaj