Insta


niedziela, 28 lutego 2021

„Prokrustowe łoże" - Nassim Nicholas Taleb

18:00:00 0 Comments

 „O wiele trudniej jest napisać recenzję książki, którą przeczytałeś, niż książki, której nie czytałeś". Czy rzeczywiście tak jest? Czy łatwiej wypowiadać nam się na tematy o których nie mamy zielonego pojęcia? Jak wygląda dzisiejszy świat? Czy ten idealny świat, wypełniony technologią i oferujący nam nieograniczony dostęp do wiedzy, jest naszą utopijną wizją świata doskonałego? Na te pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi, jednak rozważania nad nimi podjął Nassim Nicholas Taleb, który w książce „Prokrustowe łoże" dzieli się z czytelnikami swoimi przemyśleniami odnośnie różnych obszarów życia i dziedzin naukowych.

 
Nr. recenzji: 395
Tytuł: „Prokrustowe łoże"
Autor: Nassim Nicholas Taleb
Liczba stron: 200
Data polskiego wydania: 16 lutego 2021
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
W moim odczuciu: 9/10

 

„Prokrustowe łoże" to książka, a właściwie zbiór myśli autora. Taleb podzielił ją na kilkanaście rozdziałów w zależności od tematu przewodniego zawartych w nich aforyzmów. Znajdziemy więc rozdział poświęcony etyce, sacrum i profanum, kwestii ontologicznych czy odporności i antykruchości. Każdy rozdział zawiera liczne aforyzmy zarówno filozoficzne jak i praktyczne. Niektóre z nich są krótkimi, jednozdaniowymi uwagami, inne zaś to zdania wielokrotnie złożone. Każdy z aforyzmów jest inny i zawiera inne przesłanie nad którym warto się zastanowić. Aforyzmy te poruszają różne kwestie, na które autor zwraca szczególną uwagę. Są to między innymi kwestie etyczne czy naukowe, ale także takie związane ze sztuką, literaturą czy ludzką pracą i naszymi przekonaniami.   

 

Autor, prócz dużej wiedzy, wykazał się także niebywałym poczuciem humoru, ponieważ wiele z jego przemyśleń jest także zabawna i błyskotliwa. Taleb pisze muszę sobie ciągle przypominać, że prawdziwie niezależny myśliciel może wciąż wyglądać jak księgowy" co, w moim przekonaniu, jest nawiązaniem do jego własnej osoby. Autor bowiem na co dzień nie zajmuje się jedynie pisaniem, ale jest także filozofem, teoretykiem rynku oraz inwestorem. Co więcej, Taleb odnajduje się także w innych obszarach naukowych, takich jak stosunki międzynarodowe, zarządzanie ryzykiem czy matematyka statystyczna. Autor zaznacza także chcę pisać książki, do których przeczytania przyznają się tylko ci, którzy rzeczywiście je czytają" co może świadczyć o tym, że pisarz chciałby być zrozumiany przez swoich czytelników.   

 

Aby zrozumieć zamysł autora należy także przywołać tytuł książki, który może dużo sugerować o jej treści. Niejakie prokrustowe łoże wywodzi się bowiem z mitologi greckiej. Prokrust, jak zaznacza sam autor, był okrutnym zbójem, który traktował swoich gości w niecodzienny sposób. Porywając podróżujących oferował im obiad a następnie proponował nocleg na specjalnym łóżku. Kolejno, w zależności od przybyłego gościa, obcinał mu kończyny bądź też je rozciągał. W ten sposób dopasowywał każdego gościa do łóżka, a nie łóżko do gościa. Taleb nieprzypadkowo użył więc pojęcia prokrustowego łoża w odniesieniu do nas samych i naszego życia. 

 

Jest to moje pierwsze spotkanie z tego typu literaturą oraz z samym autorem. Książka zaintrygowała mnie już samym opisem, chociaż do tej pory nie znałam pojęcia prokrustowego łoża. Być może nie każdy pogląd autora pokrywa się z moim, ale uważam, że książka jest naprawdę ciekawa i intrygująca. Taleb porusza różne kwestie, które towarzyszą nam w każdej chwili naszego życia. Niektóre z nich są wręcz banalne i śmieszne w swojej prostocie, inne natomiast każą nam się zatrzymać i przemyśleć pewne sprawy. Trudno wskazać, która myśl autora jest najważniejsza i która niesie największe przesłanie, ponieważ każda może wnieść coś w nasze życie. 

 

Jeden z aforyzmów, który szczególnie zapadł mi w pamięć zwraca uwagę na otaczający nas świat. Taleb pisze bowiem: średniowieczny człowiek był trybikiem w maszynie, której nie rozumiał; współczesny człowiek jest trybikiem w skomplikowanym systemie, który, jak mu się wydaje, rozumie". Myślicie, że Taleb trafnie opisał nas, ludzi XXI wieku? Nie zdradzając więcej szczegółów powiem tylko, że polecam Wam sięgnąć po tę pozycję. Jestem pewna, że będziecie mile zaskoczeni.

niedziela, 21 lutego 2021

15:38:00 0 Comments


   tytuł: "Bez nici Ariadny"

   autor: Marcin Pawlik

   liczba stron: 130

   data wydania: 4.12.2020

   wydawnictwo: Novae Res

   moja ocena: 6/10



Co mają ze sobą wspólnego skazaniec, mężczyzna zmagający się z kryzysem wieku średniego i nieudanym małżeństwem, grupa znajomych i człowiek stojący przed wyborem drogi życiowej? Mogłoby się wydawać, że tych kilku postaci nic ze sobą nie łączy, ale nie nieprawda. Każdy z nich zmaga się bowiem z problemami dnia codziennego, każdy ma swoje troski i zmartwienia tak różne, a jednocześnie tak podobne i wspólne wszystkim ludziom, choć może to brzmieć jak truizm. Każdy z nich próbuje znaleźć w życiowym labiryncie swoja własną drogę – jeśli nie do szczęścia to przynajmniej do spokoju i zadowolenia, kierując się wartościami uznanymi za ponadczasowe i uniwersalne – wiarą, rozsądkiem czy miłością.

Przyznam szczerze, że kiedy odebrałam książkę nie spodziewałam się, że będzie tak cieniutka, pasująca gabarytami raczej do tomiku poezji niż do beletrystyki. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, bo ogrom przemyśleń jakie pojawiają się w głowie po jej przeczytaniu zdecydowanie rekompensuje te 130 stron. Co więcej, nie od dziś wiadomo, że ponad ilość należy przedłożyć jakość, a wyznacznikiem dobrej literatury jest to, na jak długo zapamiętujemy daną pozycję książkową. „Bez nici Ariadny” strukturalnie składa się z niepowiązanych ze sobą historii – pierwsza jest najkrótsza, środkowa najdłuższa, ale jak już wspomniałam nie o objętość tu chodzi. Nie zdradzając za dużo z fabuły powiem tylko, że moim  zdaniem pierwsza daje największe pole do interpretacji i można ją rozumieć na wiele sposób – osobiście z początku wcale nie przypuszczałam że bohaterem jest skazaniec, a rozumiałam ją nieco bardziej „metafizycznie”.  Opowieści autora przedstawiają zwykłych ludzi – nie superbohaterów – i zwykłe życie, które w gruncie rzeczy jest dość monotonne i szare. Brak w nim większych uniesień, wybuchów emocji, radości czy skrajnych uczuć. Mówiąc kolokwialnie, Marcin Pawlik bierze życie takim jakie jest, nie koloryzując. W końcu życie większości, o ile nie wszystkich z nas opiera się o ten sam, powtarzalny schemat – praca, dom, codzienne obowiązki.

Książka jest bardzo nostalgiczna – moim zdaniem momentami wydaje się wręcz ponura, ale jednocześnie skłania do przewartościowania swojego życia, spojrzenia na nie z innej perspektywy i odpowiedzi na pytanie co jest w nim najważniejsze – co najbardziej liczy się dla nas. Ostatecznie przecież jedyną osobą, która może wyprowadzić nas po nitce z labiryntu życia nie jest mityczna Ariadna, a jedynie my sami.

czwartek, 8 października 2020

"Małe Licho i lato z diabłem" Marta Kisiel

09:43:00 0 Comments

 Fantastyka to nie dla mnie… Tak właśnie myślałam, co prawda przeczytałam kilka znanych zagranicznych tytułów i podobały mi się, gdyż od razu wiedziałam czego się spodziewać. Ale żeby fantastyka w polskim wydaniu? I to pisana kobiecą ręką?! A tymczasem zaczytałam się tak bardzo, że przegapiłam mój przystanek autobusowy i pojechałam na pętlę…

 

Nr. recenzji: 394


Tytuł: „Małe Licho i lato z diabłem"


Autor: Marta Kisiel


Liczba stron: 255


Data polskiego wydania: 30 września 2020


Wydawnictwo: Wilga


W moim odczuciu: 8,5 /10


Autor recenzji: Kobieta Czytająca

 

 



Bożydar Antoni Jakiełłek, świeżo upieczony absolwent trzeciej klasy szkoły podstawowej, odbiera świadectwo i snuje plany dwóch miesięcy błogich wakacji. Długie wylegiwanie się w łóżku a później jakże przyjemna praca nad tworzeniem gry planszowej „Gluty w podziemiach”. Ale Licho chce przygody! A mama planuje remont generalny, bo w domu mało już miejsca dla całej gromadki istot nadprzyrodzonych. Nie ma rady, trzeba na ten czas przenieść się w sam środek lasu, do cioci Ody i zabrać ze sobą Anioła Stróża, bo jakże mu odmówić. Tylko zamiast najlepszych wakacji z Lichem i Bazylem, katastrofa goni katastrofę. Najpierw czerwony rower, później Witek – już chyba nawet jakaś dziewczyna byłaby lepszym kompanem i jeszcze burza, która te wakacje uczyni niezapomnianymi.

 

„Małe Licho i lato z diabłem” taki dwuznaczny tytuł i książka przeznaczona dla młodszych czytelników, ale zawarte w niej przesłanie jest niezwykle uniwersalne. Zaletą tej książki jest zdecydowanie, poruszanie ważnych kwestii, nauka płynąca z tekstu, który łatwiej trafi do młodego czytelnika niż gderanie rodziców. Kolejna przygoda Bożka wciąga każdego, kto sięgnie po tę książkę i wcale nie trzeba znać poprzednich tomów. Świat stworzony przez autorkę (ałtorkę jak sama mówi J) jest tajemniczo i magicznie diabelnie ciekawy, bohaterowi oryginalni, ale aż chce się ich spotkać. Proza Marty Kisiel ma tę specyficzną cechę zjednywania sobie czytelników w każdym wieku, przynosi rozrywkę i radość z czytania, pobudza wyobraźnię i pozwala oderwać się, choć na chwile od rzeczywistości za oknem (i wylądowania przy okazji na pętli autobusowej w odległym krańcu miasta).


Czy książka ma gorsze strony? Licho zapewne się odezwie, że i owszem, bo w centrum przygody miało być, ale spotkanie przyjaciela w postaci diabelnej kozy, która za nic nie chce beczeć, za to wspaniałe kakałko robi i naleśniki w dużych ilościach, tak Bazyl rekompensuje wszelkie wydarzenia za wywrotem.


Specyficzny język, którym autorka pisze Bazylowe wypowiedzi, może być początkowo trudny do przyswojenia dla oka i ucha, ale jeśli wiemy, że stworzenie to właśnie tak się komunikuje, ten dziwny zapis staje się oryginalną cechą tylko Marcie Kisiel przypisaną. I dobrze, bo to znak rozpoznawczy nie do pomylenia z nikim innym.

 

„Małe Licho i lato z diabłem” to doskonała lektura by przedłużyć, choć na chwilę wakacje, by przeżyć jeszcze tę jedną przygodę, nim wróci się do murów szkolnych. Bohaterowie zwyczajni, choć niezwykli tak jak każdy z nas, i wzbudzający sympatię od pierwszego spotkania. Język jest, moim zdaniem, atrakcyjny dla młodzieży szkolnej, bo nie traktuje ich jak przedszkolaków, ale wymagających czytelników.

 

Podsumowując, książka to przyjemna i ciekawa lektura, po którą dobrze jest sięgnąć właśnie u schyłku lata, mimo że, akcja rozgrywa się na początku wakacji, ale skutecznie można je przedłużyć, czytając o perypetiach Bożka i jego niezwykłych kompanów. Warto również wcześniej choćby pobieżnie zapoznać się, o czym traktuje cała seria, by wiedzieć, czego się spodziewać, bo siły nieczyste i stworzenia nadprzyrodzone na każdej stronie mają swoje mieszkanie.


Książkę polecam młodym czytelnikom, ale rodzice też powinni przeczytać, powinni, bo to opowieść o przyjaźni i jej sile, która potrafi pokonać nawet homen. Dorosłego rozbawi i pokrzepi, a w dziecku rozbudzi ciekawość świata i rozwinie skrzydła wyobraźni. Po skończonej lekturze chwytasz za mapę i szuka gdzie te Lichotki, żeby jak najszybciej pojechać na spotkanie przygody, póki jeszcze lato nie zgasło i zapał w sercu.

 

 Kobieta Czytająca