Insta


czwartek, 13 grudnia 2018

„Zbrodnia w wielkim mieście" Alek Rogoziński

15:34:00 0 Comments
Do sięgnięcia po twórczość pana Alka Rogozińskiego wszyscy mnie namawiali, kusząc wspaniałym humorem. Sama również byłam do tego pomysłu dość mocno przekonana, ponieważ nie jestem w stanie wyobrazić sobie chociażby czegoś lepszego na jesienne wieczory niż śmiania się w bazie stworzonej z koców i poduszek. Nastawiona byłam bardzo pozytywnie, jednak jak to zwykle bywa, troszeczkę się przeliczyłam w oczekiwaniach, niestety.

pastedGraphic.pngNr. recenzji: 212
Tytuł: „Zbrodnia w wielkim mieście"
Autor: Alek Rogoziński
Liczba stron: 336
Data polskiego wydania: 3 października 2018
Wydawnictwo: FILIA
W moim odczuciu: 4/10


Trzy kobiety zawsze uwielbiały swoją pracę. Miały wspaniałą szefową i pracowały w branży wydawniczej, którą szczerze kochały. Niemniej firma w końcu została sprzedana, a jej nowy właściciel okazał się bardzo nieprzyjemny w obyciu. Wszystkie bardzo szybko go znienawidziły. Pewnego wieczoru na babskim wieczorze omawiają dla zabawy, jak najlepiej byłoby go zabić, aby zatrzeć wszelkie ślady i w końcu przejąć firmę. O dziwo, kilka dni później okazuje się, że ktoś wykonał ich plan. Kto jest zabójcą? Co okaże się ważniejszym problemem: niechęć pracowników, długi finansowe, zazdrosna żona, a może jeszcze coś innego?

Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy oraz zapewne co spotyka zdecydowaną większość Czytelników, były naprawdę liczne żarty z Polaków. Z naszego życia, niezdecydowania, zamiłowania do picia, czy mrukliwości. Niemniej, często nie było to ukazywane jako typowe żarty, po prostu cała książka została napisana moim zdaniem niesamowicie bardzo "po Polskiemu". Przedstawia typowe polskie zachowania, z których często nie jesteśmy dumni, a jednak mnie samej przyszło dość ciężko się z nich śmiać. Wydaje mi się, że dużo ciekawsze są prześmiewcze opisy, które autor publikuje na swoim fanpage. Właśnie dzięki nim zadecydowałam o sięgnięciu po tę książkę, mając nadzieję, że cudowne historie spod bloku i z życia zostaną pociągnięte, rozwinięte tak bardzo, żeby móc płakać ze śmiechu. Niestety, uśmiech to było jedyne na co było mnie stać.


Być może dlatego, że autor niesamowicie bazował na opisach, często poświęcając im na mój gust nawet trochę zbyt wiele uwagi. W pewnych momentach naprawdę czułam przesyt, kiedy przez kolejnych pięć stron widziałam może dwie linijki dialogu. Wiadomo, w opisach całe ukazanie komizmu wychodzi całkowicie inaczej, często pozwalając na bardziej dogłębne opisanie sytuacji oraz uczuć bohatera, jednak bądź co bądź, kiedy odbyła się rozmowa SMS i calutka była wpisana do opisu, a nie potraktowana jak normalny dialog, to osobiście niestety miałam dość, to był limit, po którym już nie jestem w stanie udawać, że taki zabieg jest na porządku dziennym. Zdecydowanie łatwiej byłoby spędzić czas z tą książką, gdyby opierała się na rozmowach albo chociaż poświęcała im równie dużo czasu, jak opisom. W szczególności, że książka ma być raczej rozluźniającym kryminałem, nawet troszkę połączonym z obyczajówką, a nie fantastyką stylizowaną na George R. R. Martina.

Podsumowując, od samej książki oczekiwałam zdecydowanie więcej. W szczególności zdziwiona byłam, że praktycznie od pierwszych stron od razu było wiadomo, kto jest zabójcą. Nie, nie jestem aż takim Sherlockiem, żeby normalnie się tego domyślić, jednak nie wydaje mi się, że w ogóle jakieś domniemania się pojawiły. Cóż, książka zdecydowanie nie jest dla wszystkich. Polecam przeczytać sobie kilka rozdziałów chociażby stojąc w księgarni, aby przekonać się, czy specyficzny styl pisania autora nam pasuje. Osobiście mam nadzieję, że książka jest po prostu omyłkowo gorsza niż wszystkie inne i mam zamiar sięgnąć po jeszcze jakieś, aby na pewno udoskonalić swoją opinię. 

sobota, 1 grudnia 2018

„Obietnica" Ewa Price

12:17:00 0 Comments
Zabierając się za wybór tej książki, do głowy mi nie przyszło, że może być autorstwa polskiej autorki. W życiu! A jednak kiedy zaczynałam czytać, to nagle zauważyłam post na Facebooku samej autorki, który oczywiście angażował głównie polskich czytelników. Zdziwiona, postanowiłam przecierpieć...

Nr. recenzji: 
219
Tytuł: „Obietnica"
Autor: Ewa Price
Liczba stron: 473
Data polskiego wydania: 25 października 2018
Wydawnictwo: NieZwykłe
W moim odczuciu: 8/10

Najbardziej zobowiązujące obietnice, to te, które składamy sobie. Brian złożył sobie już wieki temu, że zemści się na osobie, która doprowadziła ojca do śmierci, a rodzinę do utraty majątku. Od tamtego czasu dzielnie walczył o swoje, kształcił się i rozwijał imperium biznesowe na nowo, aby w końcu mógł dokonać swej zemsty. Teraz w końcu nadszedł odpowiedni czas. Mężczyzna ma poznać córkę rywala, a już dawno temu postanowił ją ukraść i to właśnie przez nią ukarać ojca. Najpierw ratunek, później kwiaty, a następnie pełnowymiarowa randka. Gdy to wszystko okazuje się niewystarczające, szybko dorzuca jeszcze staż we własnej firmie. A jednak... Zadziwia go, że naprawdę zaczyna coś czuć do tej dziewczyny i obawia się, że jego plan może się nie powieść.

Nie spodziewałam się naprawdę, że ta książka zostanie rzeczywiście napisana na poziomie, który występuje na poziomie międzynarodowym. Nie zrozumcie mnie źle, jednak mając na uwadze te wszystkie książki pani Michalak, czy podobne, z którymi miałam okazję się zetknąć dzięki swojej karierze czytelnika, tudzież recenzenta a Obietnica to niczym prawdziwe niebo a ziemia. Uderzył mnie brak nawiązań do polskości, brak kreacji typowo polskich cech - wszystko działo się w Stanach Zjednoczonych i właśnie tak została przedstawiona cała książka. Niesamowitym jest, że rzeczywiście autorka się wczuła w to, jak napisane są zachodnie książki, chciała im dorównać i po prostu to zrobiła, dostosowując sobie tematykę pod taką, jaka ją najbardziej interesowała. Osobiście uważam, że ta książka to spory Polski sukces wydawniczy, być może nawet początkujący jakiś nowy trend na literaturę prostą, ale dobrą.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym chociaż mimochodem nie wymieniła wad książki. Przede wszystkim niektóre osoby mogą czuć się nieco zniesmaczone tym, jak bardzo infantylni są niektórzy bohaterowie książki, z naciskiem na główną bohaterkę. Rozumiem, że Brian jest zaciekawiony i zdziwiony jej oryginalnością, jednak gdyby nią była pasja do niszczenia mu dnia bez aż takiej dawki głupoty, to naprawdę byłabym szczęśliwsza, pewnie tak samo jak Wy, Drodzy Czytelnicy. Być może powinnam uwierzyć, że jest to zabieg celowy, który ma dodawać bohaterom dawkę realności i sprawiać, abyśmy zrozumieli celowość zachowań oraz po prostu, żebyśmy w książkę uwierzyli, jednak wydaje mi się, że nie do końca tak to zadziałało. Być może autorka chciała zrobić zbyt wielki progres jeśli chodzi o kreację bohatera i przez to narzuciła sobie zbyt skomplikowaną konstrukcję, nie wiem. W każdym razie nie wyszło świetnie.

Podsumowując, jeśli chcecie przeczytać coś polskiego, ale jednocześnie utrzymanego na poziomie równoległej literatury anglojęzycznej, to zdecydowanie mogę Wam polecić tę książkę Ewy Price. Aby ją przeczytać musicie jednak się uzbroić w zbroję z cierpliwości, ponieważ nie wszystko jeszcze zostało dopracowane, jednak wierzę w to, że w kolejnych tomach wszystko zostanie naprawione, a historia przypadnie nam do jeszcze bardziej.

sobota, 24 listopada 2018

„Kaci Hadesa. Uleczone Dusze" Tillie Cole

23:09:00 0 Comments
Nr. recenzji: 217
Tytuł: „Kaci Hadesa. Uleczone Dusze"
Autor: Tillie Cole
Tłumacz: Grzegorz Rejs
Liczba stron: 370
Data polskiego wydania: 23 października 2018
Wydawnictwo: editiored
W moim odczuciu: 9/10

Specyficzny klimat Katów Hadesa przyciągnął mnie do siebie już dawno temu, cały czas jednak mnie nie opuszcza i nakazuje czytać dalej o ciężkich chwilach z cudownymi zakończeniami.

Maddie została uwolniona od swojej przeszłości fizycznie, jednak psychicznie nadal jest do dla niej bardzo ciężkie. Nie jest w stanie sama sobie poradzić ze swoją przeszłością i krzywdami, które jej wyrządzono. Pomimo tego, stara się walczyć ze wszystkich sił, kiedy jej obrońcą staje się Flame. Chłopak sam nie miał łatwego życia. Wierzy w to, że pod skórą ma płomienie, które regularnie musi wypuszczać przez cięcia. Wspólnie chcą odnaleźć drogę ku lepszemu jutru i szczęściu, wiedzą jednak, że będzie to droga przez męki. Wiele jest problemów, które razem będą musieli pokonać, jednak mają nadzieję na wspólne bezpieczeństwo i własną drogę, którą będą mogli podążyć.

Nie sądziłam, że ta historia zostanie dobrze przedstawiona. Byłam przekonana, że autorka postawiła sobie zbyt wysoki próg, przez który zaraz się potknie i nie będzie  w stanie uciągnąć aż tak ciężkiej do przedstawienia historii. A jednak okazało się, że bardzo dobrze poradziła sobie z wytłumaczeniem nam całej historii Flame, którego zachowanie było najbardziej nieodgadnione spośród wszystkich. Cała jego przemiana była przedstawiona naprawdę niesamowicie, a przede wszystkim zachowana była realność, o którą wcześniej nawet autorki nie śmiałam podejrzewać. Rzeczywiście jestem skłonna uwierzyć w to, że istniał ktoś taki o podobnym problemie, a co więcej - nawet leczenie psychologiczne zaawansowanej choroby w normalnych, domowych warunkach mnie przekonało do siebie. Wszystko odbyło się niby dość prosto, ale jednak pod względem logicznym przemówiło do mnie jak najbardziej.

Zdecydowanie ta część okazała się tą najmroczniejszą, najbardziej przepełnioną akcją oraz emocjami. Może się wydawać, że podobne sagi rodzinne będą zionęły nudą po którymś tomie, w szczególności kiedy wcześniej się wie, pomiędzy kim stworzy się kolejny związek, jednak w żadnym wypadku tak nie było. Zdecydowanie niesamowicie pokochałam tę książkę i muszę przyznać, że jest ona niesamowicie oryginalna. Pozostaję w postanowieniu, że muszę, ale to naprawdę muszę przeczytać wszystkie tomy, ponieważ pani Tillie Cole nie przestaje mnie zadziwiać. Naprawdę jestem pod ogromnym wrażeniem całej serii, jednak akurat tego tomu w szczególności. Oczywiście, każda część opowiada całkowicie inną historię, więc jeśli zaciekawi Was tylko ta konkretnie, to nie martwcie się, bezproblemowo wszystko ogarniecie i zdecydowanie będziecie w stanie miło spędzić czas z tą pozycją.

Podsumowując, uważam, że w szczególności ta część wyszła wspaniale. Och, zapomniałam jeszcze dodać kilka informacji o specyficznym języku, którym posługują się bohaterowie, który zapewne wyda się jakiejś części czytelników wulgarny, jednak wydaje mi się, że porównując wszystkie tomy, właśnie w tej pojawiło się go stosunkowo najmniej. Niemniej, za to ukazane w nim wydarzenia są najbardziej ciężkie do przełknięcia. Hm, może jednak warto czytać od pierwszego tomu? Pozostawiam to waszej intencji.

wtorek, 20 listopada 2018

„Stage Drive. Lick" Kylie Scott

16:43:00 0 Comments

Sięgnęłam po książkę właściwie z samych nudów, nie spodziewając się, że okaże się ona naprawdę tak zajmująca i naprawdę ciekawa. Sama tematyka, jaką wybrała sobie pani Kylie Scott mnie zdziwiła swoją z jednej strony banalnością, a z drugiej...

Nr. recenzji: 213
Tytuł: „Stage Drive. Lick"
Autor: Kylie Scott
Tłumacz: Marcin Kuchciński
Liczba stron: 272
Data polskiego wydania: 9 maja 2018
Wydawnictwo: editiored
W moim odczuciu: 6/10

Evelyn Thomas po obudzeniu się w całkowicie obcym miejscu nie pamiętała niczego z poprzedniej nocy. Ku jej zdziwieniu nie była sama, a na ręce miała ogromny pierścionek z diamentem. Nie wiedziała, co się stało, jednak bardzo szybko zaczęła zaprzeczać. Rozwód wydawał się tej dwójce konieczny, skoro pojawił się zanik pamięci. Jednak kiedy przyszedł czas podpisania dokumentów, dziewczyna ucieka w przestrachu przed przytłaczającym prawnikiem i nagle znajduje się w domu najlepszego przyjaciela swojego męża. Kiedy tamten po nią przyjeżdża, zaczyna pragnąć poznać tajemnice nocy, której nie pamięta. W końcu małżeństwo z gwiazdą rocka nie może być aż tak wielką pomyłką.

Podoba mi się, że jednocześnie banalny pomysł na fabułę - w końcu małżeństwa w Las Vegas są szeroko obecne w całej kulturze masowej, choć w filmach przejawiają się jednak dużo częściej, połączono z dość interesującym rozwojem wydarzeń, który nadał tej książce dużo więcej oryginalności, niż na początku bym się spodziewała. Nie jest to tylko książka o tym, jakie to dziwne rzeczy dzieją się w Las Vegas, ale także o początkach i trudnościach prawdziwej miłości, jak również łączeniu związków z pracą wymagającą poświęcenia czasu oraz częstych wyjazdów. Przed bohaterami postawiono naprawdę ogromną dawkę problemów. Z jednych wychodzili łatwiej, z innych trudniej. Niektóre z nich były jak dla mnie infantylnie rozwiązane, niesamowicie powierzchownie, co nie pozwalało mi uwierzyć na taki obrót całej sprawy. Niemniej, wytłumaczono sprawę częściowo "przeznaczeniem", więc zdecydowanie wydaje mi się, że gorzej logicznie jej ująć chyba się nie dało.

Poza tym, muszę przyznać, że miło spędziłam czas z tą opowieścią. Okazała się niesamowicie urocza, dzięki czemu nietrudno było nią umilić sobie czas. Najlepiej było w szczególności na początku, gdy całość na nas spadła i zajęła nasze serca. Później zachowanie głównych bohaterów troszkę się popsuło, David wydawał się lekko... Wyprany z życia, natomiast Evelyn chciała mu pomóc, jednak nie była w stanie sama zrobić przecież wszystkiego. Dobry był zamysł, jednak z wykonaniem oraz poprowadzeniem akcji było gorzej, a szkoda. Całe szczęście bohaterowie poboczni okazali się również interesujący, w szczególności Mal, więc zdecydowanie chcę sięgnąć po kolejne części, aby zobaczyć, czy moje przypuszczenia odnośnie całej serii będą słuszne. Mam nadzieję, że autorka znajdzie jeszcze większą ilość oryginalnych pomysłów, którymi spróbuje się z nami podzielić, aby nas rozkochać w tej serii.

Podsumowując, książka miała świetny pomysł na fabułę, ale wykonanie okazało się nie do końca doszlifowane. Niemniej, nadal wydaje mi się, że to dobra książka, której warto dać szansę, jeśli chcemy w jakiś miły sposób po prostu spędzić popołudnie. Osobiście na pewno zapoznam się z dalszymi losami Stage Drive i mam nadzieję, że się nie zawiodę. 

sobota, 17 listopada 2018

„Until Nico" Aurora Rose Reynolds

16:06:00 0 Comments
Będąc w poszukiwaniu kolejnej przeuroczej książki, która oderwie mnie od codzienności na kilka godzin, natknęłam się na serię Until. Na początku średnio byłam do niej przekonana, ponieważ książka wydawała mi się niesamowicie krótka, ale jednak muszę przyznać, że ma coś w sobie...

środa, 14 listopada 2018

„Royal. Królestwo ze Szkła" Valentina Fast

17:14:00 0 Comments
Nie umiałam się powstrzymać przed sięgnięciem po tę serię. Szalałam za nią od dłuższego czasu, ale jakoś nie miałam szansy się z nią wcześniej zetknąć. Niemniej, byłam niesamowicie szczęśliwa, kiedy w końcu wpadła w moje łapki. Tak bardzo, że praktycznie nie byłam w stanie się opanować przed sięgnięciem.

Nr. recenzji: 
212
Tytuł: „Royal. Królestwo ze Szkła"
Autor: Valentina Fast
Tłumacz: Miłosz Urban
Liczba stron: 256
Data polskiego wydania: 15 lutego 2018
Wydawnictwo: Media Rodzina
W moim odczuciu: 8/10

Podobnie jak w przypadku znanej i kochanej przez większość młodych czytelniczek serii "Rywalki", pani Valentina Fast postanowiła stworzyć podobną serię, jednak zdecydowanie dostarczającą jeszcze dodatkowego dreszczyku emocji. Tatiana zostaje wybrana do brania udziału w eliminacjach, w których główną nagrodą jest ręka księcia. Nie spodziewa się jednak, że w eliminacjach bierze udział książę i jego czterej dobrzy przyjaciele. Chcąc, aby wszystko opierało się na prawdziwym uczuciu, nikt nie wie, który z nich jest tym prawdziwym. Zaczyna się prawdziwa eliminacja, która prowadzić będzie do ostatecznej wygranej - korony.

Bohaterowie są dobrze wykreowani, choć nie poznaliśmy ich jeszcze całkowicie. Każdy skrywa sekret swojej prawdziwej osobowości, a więc prawdopodobnie nuta tajemnicy pozostanie aż do ostatniego tomu, gdzie będziemy w stanie w końcu spojrzeć na to całościowo. Póki co, osobiście trochę zdziwiona byłam zachowaniem głównej bohaterki. Skoro nie chciała brać udziału w programie i chciała przy pierwszej możliwej szansie się wycofać, to średnio logicznym wydaje mi się, że rzeczywiście szybko zaangażowała się w poznawanie kandydatów. Wiecie, takie trochę typowe kobiece narzekania, ale jednak skoro książę być może jest w pobliżu, to będzie o tym mowa tylko w myślach, absolutnie nie dotykając czynów. Być może, gdyby autorka poszła tropem, który sobie zaplanowała wcześniej i próbowała zrujnować karierę dziewczyny w jakiś szybki sposób, ale przez to dziewczyna by wygrała, to byłoby to jeszcze zabawniejsze, jednak pozostańmy przy niezdecydowaniu. 

Muszę przyznać, że pomimo faktu, że niesamowicie pokochałam tę książkę, to jednak jestem niesamowicie smutna, że całość ma tylko 256 stron. Nie jestem w stanie nawet wyklarować, jak bardzo błagałam nocą o jeszcze jeden rozdział. Czytanie tej serii z odstępami pomiędzy tomami jest niesamowicie bolesne, nie jestem pewna, jakim cudem mam wytrzymać ten odstęp na kacu książkowym. Polecam kupić sobie od razu całą serię, ponieważ zakończenie całości w środku akcji jest po prostu karygodne, w szczególności, jeśli ktoś pokocha tę książkę, tak jak ja. Całe szczęście, jest to bardzo dobre rozpoczęcie serii, a jeśli ktoś da radę się wciągnąć, to zapewne kolejnego dnia będzie truchcikiem biegł do najbliższej księgarni. Wszystkie tematy księżniczek są uzależniające, ale jeśli zakończa się całość zaraz po rozkręceniu akcji, to wydaje mi się, że to powinno być karalne albo chociaż powinno się nam dodawać paczkę czekolady do zakupu, żeby wszyscy mogliśmy to jakoś przecierpieć. 

Podsumowując, uważam, że książka jest naprawdę dobra, pełna akcji i napisana w naprawdę dobrym stylu, opierającym się w głównej mierze na dialogach, jednak nie sposób nie zauważyć kilku błędów w kreacji bohaterów. Natomiast nadal uważam, że wszystko się wyjaśni w kolejnych tomach, kiedy tajemniczość zacznie zanikać, a my będziemy mogli po prostu pokochać księcia lub po prostu wybranka Tatiany. Z tego, co przed chwilą udało mi się sprawdzić, cała seria ma 6 książek i nowelkę, więc całość da nam jakieś 1400-1500 stron, co można zamienić na dobrą trylogię. Szkoda, że cenowo wyjdzie to dość smutno, no ale nie można mieć wszystkiego. Przynajmniej mamy dobrą historię i całkiem niezłe okładki. 

piątek, 9 listopada 2018

„Pierwsze Słowo" Marta Kisiel

14:42:00 0 Comments
Nr. recenzji: 212
Tytuł: „Pierwsze Słowo"
Autor: Marta Kisiel
Liczba stron: 320
Data polskiego wydania: 17 października 2018
Wydawnictwo: Uroboros
W moim odczuciu: 8/10


Szczerze mówiąc, znowu skusiła mnie do przeczytania książki głównie okładka. Miałam okazję poznać styl pisania pani Marty Kisiel dzięki „Małemu Lichu”, jednak nie sądziłam, że tak szybko uda mi się zabrać za jej twórczość skierowaną do osób starszych. A jednak nasze drogi się skrzyżowały i mogę już cieszyć się, że powoli wkraczam w świat, jak pani Marta sama się nazywa, „ałtorki”. 

„Pierwsze Słowo” jest zbiorem opowiadań Marty Kisiel. W środku znajdują się naprawdę różnorakie, jedne bardziej rozbudowane, inne mniej. Z tego, co udało mi się wyczytać, część z nich została już wcześniej opublikowana, jednak zdobycie wcześniejszych wersji, graniczyło z cudem, dlatego zadecydowano, że powstanie tego typu antologia. Dodano oczywiście również całkowicie nowe, inne opowiadania, przez co książka wydaje się pełna. 

Bardzo podoba mi się, jak bardzo kreatywnie zostało napisane „Pierwsze Słowo”. Nie raz, kiedy się wczytywałam w kolejne opowiadania, nie umiałam wyjść z podziwu dla umysłu pani Marty Kisiel, który był w stanie wyobrazić sobie podobne istoty, ale nawet sytuacje! Niektóre opowiadania były autotematyczne i wydaje mi się, że to one najbardziej przypadły mi do gustu, ponieważ gdy je czytałam, to moja szczęka poniewierała się gdzieś tam przy ziemi. Przykładowo, jednym z pierwszych opowiadań jest przesłuchanie potencjalnych bohaterów nowej powieści. Niesamowicie przypadło mi ono do gustu, ponieważ jednak mimo wszystko bardzo podobnie wygląda to w umyśle pisarza. To on musi dobrać odpowiednie postacie do książki, chociaż często pomysłów na kolejne ma tysiące. Przesympatycznie mi się je czytało, ponieważ wydaje mi się, że w ten sposób autorka postanowiła w jakiś sposób oddać hołd swoim bohaterom, co wydało mi się naprawdę świetnym pomysłem.

Oczywiście, nie wszystkie opowiadania prezentowały taki sam poziom, jak to zostało podkreślone nawet we wstępie do książki. Jedne były lepsze, inne trochę gorsze. Wydawało mi się, że nieodpowiednio dopasowano również długość - zdarzyło mi się, że opowiadanie, które niesamowicie podeszło mi do gustu, zamykało się na kilku stronach, natomiast takie, które całkowicie nie podeszło mi do gustu, ciągnęło się przez kilkadziesiąt, natomiast ja siedziałam nad nim i niesamowicie mi się ciągnęło. Nie było takiego wyrównania, które zazwyczaj pojawia się w zbiorach opowiadań, choć najczęściej w tych pisanych przez kilku/kilkunastu różnych autorów. Niemniej, wydaje mi się, że nie zaszkodziłoby, a jedynie pomogło.


Podsumowując, wydaje mi się, że całą książkę zaliczam na plus. Może nie była objawieniem, miała swoje wady, jednak zdecydowanie chciałabym pochwalić kreatywność autorki. Sam styl pisania być może również podejdzie do gustu części czytelników, którzy preferują spore opieranie się na opisach, bez takiego ciągłego bazowania na dialogach. Jeżeli chodziło o mnie, to wydawało mi się, że to również może się okazać zbyt wielkim dla wszystkich miłośników rozmów, aczkolwiek w tym przypadku pozostanę bezstronna. Książka jest dobra i warto się z nią zapoznać chociażby dlatego, że na takie pomysły wpaść naprawdę niełatwo. 

wtorek, 6 listopada 2018

„Lucyfer" Jennifer L. Armentrout

14:15:00 0 Comments
Nr. recenzji: 212
Tytuł: „Lucyfer"
Autor: Jennifer L. Armentrout
Tłumacz: ?
Liczba stron: 460
Data polskiego wydania: 17 października
Wydawnictwo: FILIA
W moim odczuciu: 10/10

Wydaje mi się, że przeczytałam serię Lux już całe wieki temu. W momencie, kiedy podjęłam decyzję o przeczytaniu „Lucyfera” nie pamiętałam za bardzo, dlaczego tak bardzo mi się spodobała i czemu ją właściwie czytałam. Miałam nadzieję, że książka oczywiście będzie dobra, jednak na tym moja cała nadzieja się kończyła. Tym razem skończyło się całkowicie, bo pani Armentrout skutecznie wbiła mnie w fotel tym, w jaki sposób udało jej się napisać tę opowieść. 

Julia jest młodym dorosłym, a jednak już stała się dość doświadczona przez los. Została rozwódką, ponieważ jej mąż ją zdradzał. Teraz szuka możliwości do przeprowadzki, a najlepiej zmiany stanu, w którym mieszka. Dostaje propozycję pracy pielęgniarki w Luizjanie, więc idzie świętować swoją ostatnią noc w mieście razem ze swoją najlepszą przyjaciółką. Natyka się na tajemniczego Troya, z którym postanawia spędzić swoją ostatnią noc w miejscu nazywanym wcześniej przez nią domem. Jakież jest jej zdziwienie, kiedy zauważa Troya w domu jej pracodawcy…

Jestem pod wielkim wrażeniem tego, w jaki sposób ta książka została napisana. Nie każdy autor ma aż taki dryg oraz wyczucie pisarskie, aby udało mu się stworzyć coś w tym guście. Szczerze mówiąc, już naprawdę dawno nie czytałam książki, w której kreacja bohaterów byłaby na aż tak dobrym poziomie. Czułam się, jakbym cofnęła się w czasie i po raz pierwszy miała okazję zapoznać się z książkami bestsellerowych autorów. Spotkałam bohatera, który wcale nie wydawał się idealny, a jednak wszystkie dialogi oraz wydarzenia z jego udziałem były w stanie wyrobić u mnie opinię, że naprawdę jest to postać, która pozostanie w moim serduchu na dłużej. Wiecie, to tak jakby poznać nowego Patcha Cipriano, a w dodatku nie spodziewałam się tego całkowicie! Całkowicie mnie wmurowało i nie byłam w stanie przestać pragnąć czytać tej książki bez przerw. 

Całość akcji została dobrze przemyślana. Tym razem pani Armentrout starała się nie podążać typową dla siebie ścieżką fantastyki, tylko chciała z książki wyciągnąć jak najwięcej akcji kryminalnej. Niemniej, nie mogę napisać, że odeszła od niej całkowicie, ponieważ pojawiło się kilka naprawdę świetnych historii o duchach w jej wydaniu, które naprawdę do mnie przemówiły. Przedstawiła ogromną ilość tajemnic, jak również zaczęła je przeplatać z jednym z najodważniejszych w jej książkach wątków romantycznych. A jednak wyszło jej znakomicie, ponieważ akcja była naprawdę dobrze rozplanowana i nie pozwoliła sobie na pójście na łatwiznę.


Podsumowując, uważam, że książka wyszła naprawdę znakomicie. Nie sądziłam, że będę nią aż tak zachwycona, a jednak nie jestem w stanie przestać o niej myśleć i od kilku dni mam potężnego kaca książkowego. Pozostaje mi oczekiwanie na kolejne tomy i huczne polecanie tej opowieści. Zdecydowanie czekałam na coś takiego przez cały rok i jestem niesamowicie uszczęśliwiona, że w końcu udało mi się odnaleźć perełkę wśród wszystkich książek, które czytałam. Polecam ją z całego serca!

piątek, 2 listopada 2018

"Roziskrzone Noce" Beatrix Gurian

16:57:00 0 Comments
Kiedy sięgałam po tę opowieść nie miałam wysokich oczekiwań. Chciałam tylko miło spędzić czas przy jakiejś młodzieżówce, która mnie wciągnie w swój świat i sprawi, że godziny przy niej spędzone będą miłe. Niestety, tak się nie stało. Prawdę mówiąc rzeczą, która najbardziej mi się podobała w tej książce jest wydanie.

poniedziałek, 22 października 2018

"Nieśmiała" Sarah Morant

12:11:00 0 Comments
Długo zabrało mi zdecydowanie się na przeczytanie tej książki, kiedy miałam ją już u siebie. Przeraziłam się nie na żarty, że będzie to kolejna książka napisana przez nastolatkę, która być może nie do końca zrozumiała, o czym ma zamiar napisać. Całe szczęście - okazało się, że prawda jest zgoła inna, a moje ulubione wydawnictwo trzyma się szczytu...

niedziela, 21 października 2018

piątek, 19 października 2018