Insta


czwartek, 22 sierpnia 2019

"Skrzynia ofiarna" Stewart Martin

09:00:00 0 Comments
Choć mimo swojego wieku literaturę młodzieżową raczej omijam ta pozycja mnie zaintrygowała. Porównanie do „To" Kinga i do „Stranger Things” jest może trochę na wyrost. Jednak dostajemy solidną mieszankę mrocznego horroru z paranormalnym thrillerem. I wiecie co? Ta mieszanka po prostu wciąga.




Nr. recenzji: 299
Tytuł: „Skrzynia ofiarna"
Autor: Stewart Martin
Tłumacz: Helena Skowron
Gatunek: literatura młodzieżowa
Liczba stron: 400
Data polskiego wydania: 18 września 2019
Wydawnictwo: YA!
W moim odczuciu: 7/10
Autor recenzji: Ola Wierkiewicz







Lamb, Hadley, Sep, Arkle i Mack. Piątka tak różniących się od siebie dzieci spędza wspólnie wakacje 1982 roku. Na pamiątkę składają ofiarę i zawiązują pakt. Ofiarowują swoje talizmany i największe sekrety by scaliły na zawsze przyjaźń, która się między nimi wywiązała. Jednak cztery lata później ledwie się zauważają na szkolnym korytarzu. Pakt został zerwany, ofiara poszła na marne. Muszą znowu stanąć ramię w ramię. Czy będą w stanie wybaczyć sobie i wspólnie odbudować to, co sami zaprzepaścili? 

Książkę czyta się jednym tchem. Nie dlatego, żeby mieć ją za sobą. Nie. Ona jest zwyczajnie dobra. Nie gubi czytelnika w milionach wątków, nie zanudza na śmierć. Nie wyolbrzymia typowych zmartwień nastolatek, nie ma w niej skrzącolicych wampirów i niespełnionej miłości. Mimo, że jest to książka dla młodzieży o młodzieży nie znajdziemy w niej typowo młodzieżowej historii. Bo w tej historii jej o wiele więcej. W tej owianej grozą opowieści znajdziemy coś wartościowszego. Radości, smutki, uczucia. Te prawdziwe. Te żale wykrzyczane prosto w twarz, te nieśmiałe dotknięcia dłoni dodające otuchy. Te fale złości i podbite oko, te całusy w policzek w stanie uniesienia. Idealnym zabiegiem było osadzenie historii w latach 80. Dzięki temu skupiamy się nie na wszechobecnych technologiach ale na człowieku. Tym obok, tym na wyciągnięcie ręki. 

Język jest typowy dla tego gatunku. Prosty i przystępny, z wieloma dialogami, opisami skróconymi do minimum. Mimo wielu postaci autor zgrabnie każdemu z nich nadał własny styl wypowiedzi, co sprawiło, że szybciej do mnie dotarli i lepiej ich rozumiałam. Jedyne małe zastrzeżenie mam do kreowania postaci. Wiemy o nich mało. A tą małą garść informacji zbieramy właściwie przez całą książkę. Nie skupiamy się nad zbędnymi szczegółami, ale analizujemy najważniejsze dla historii sprawy. Często też autor lawirował pomiędzy pseudonimami a prawdziwymi imionami i w momentach maksymalnego skupienia nad treścią musiałam na chwilę się zatrzymać żeby się domyślić o kim jest mowa. Lecz z perspektywy czasu wydaje mi się, że to wyszło książce na dobre. 

Podsumowując szczerze polecam "Skrzynię ofiarną". Niekoniecznie miłośnikom young adult, niekoniecznie nastolatkom. Każdy w niej znajdzie coś dla siebie. Jeśli nie mroczny klimat, zagadki i paranormalną historię w tle, to na pewno prawdziwą opowieść o przyjaźni i przyjaciołach, którzy w obliczu zagrożenia stają na wysokości zadania. O prawdziwych i trwałych uczuciach, o przywiązaniu do swojego otoczenia. O tym, że myślimy, że samotność jest najlepszym co nas może w życiu spotkać. O tym, jak cholernie się mylimy.


Ola Wierkiewicz

wtorek, 20 sierpnia 2019

Jak rozwój technologiczny wpływa na popularność literatury polskiej? - analiza fenomenu Wiedźmina.

15:00:00 0 Comments

Saga o wiedźminie Geralcie w ciągu ostatnich kilku lat przeżywa swój renesans. Świat pełen magii i dziwnych stworzeń został przeniesiony najpierw na ekrany telewizyjne, by potem doczekać się trzech części gier komputerowych. Fenomen Wiedźmina jest tak wielki, że wkrótce na jego podstawie powstanie również Netflixowski serial. Jednak co tak naprawdę jest powodem sukcesu tej sagi? Czy wszystko zaczęło się, jak to zazwyczaj jest, od książki? A może coś innego wpłynęło na światową popularność?


Od czegoś trzeba zacząć

Andrzej Sapkowski swoje pierwsze literackie i wiedźminowskie kroki postawił w miesięczniku Fantastyka, gdzie w grudniowym wydaniu z 1986 roku ukazało się pierwsze opowiadanie o Geralcie. Było to jedno z opowiadań wysłanych na konkurs ogłoszony przez to czasopismo, które zapewniło Sapkowskiemu III miejsce. Kontynuacją historii Geralta – szarowłosego wiedźmina – były zbiory opowiadań pod tytułem Ostatnie życzenie oraz Miecz przeznaczenia. Nic wtedy nie zapowiadało, że Andrzej Sapkowski będzie, zaraz po Lemie, najlepiej kojarzonym polskim pisarzem fantasy.



Wkrótce też powstał cykl powieściowy, który przedstawiał dalsze dzieje Geralta. Od roku 1994 Sapkowski napisał cztery książki o tej tematyce, by ostatnią powieść – Pani Jeziora – wydać w 1999 roku i zakończyć tym samym sagę wiedźmińską. Sam autor negatywnie wypowiada się o nazywaniu tego sagą, skłania się bardziej w stronę cyklu, tłumacząc swoją niechęć tym, że słowo saga zarezerwowane jest dla mitologii nordyckiej. Chcąc nie chcąc, jego powieści częściej kojarzone są jaka saga o wiedźminie – z powodu nadania takiej nazwy przez wydawnictwo SuperNowa.




Złe dobrego początki

Jak przystało na popularną serię książek i Wiedźmin doczekał się swojej ekranizacji. Polski film fantasy swoją premierę miał 9 listopada 2001 roku i obecnie nie jest dobrze wspominany przez fanów. Film powstał niejako przez przypadek – był dodatkowym efektem prac przy serialu, który swoją premierę miał w 2002 roku. Składał się on z 13 odcinków opartych na historii zawartej w opowiadaniach Sapkowskiego i emitowany był w TVP2. Niestety i on zakończył się fiaskiem. Cóż zrobić, może cykl o wiedźminie nie nadaje się do przeniesienia na ekran telewizorów?


Uderzenie w nowe źródło

Wiedźmin poniekąd został zapomniany. Fani polskiej fantastyki z pewnością wiedzieli o jego istnieniu, jednak nie trafiał on do nowych odbiorców z prostego względu – nowe pokolenie (jeśli już czytało) zazwyczaj sięgało po zagranicznych autorów. Początki XXI wieku to przecież czas największej sławy Harry'ego Pottera. Jednak od 2003 krążyły słuchy, jakoby na podstawie powieści Andrzeja Sapkowskiego miała powstać gra. Najpierw otwarto oficjalną stronę, gdzie znajdowały się pierwsze grafiki z gry.

Następnie pokazano wersję demonstracyjną na targach E3, gdzie Wiedźmin po raz pierwszy został zauważony przez zagraniczne media. Polskie studio CD Projekt RED wyprodukowało grę, której premiera odbyła się w 2007 roku. Tak Wiedźmin wpadł w szpona nowych odbiorców. Gra odniosła sukces nie tylko w naszej ojczyźnie.

W roku 2011 został wyprodukowany sequel Wiedźmin 2: Zabójca królów doceniony na licznych rozdaniach nagród. Rozdanie European Games Awards w Kolonii zagwarantowało tytułowi nagrody aż w sześciu kategoriach! Zadeklarowana liczba nagród, które do tej pory zdobyła ta część gry wynosi 50. Ostatnia część cyklu gier o wiedźminie Geralcie nosi nazwę Wiedźmin 3: Dziki Gon i osiągnęła niesamowitą popularność na świecie. Zapowiedziana w 2013 roku na targach E3 gra, została wydana w 2015 roku i od tamtej pory zdobywa nowych zwolenników.




Komputer, a literatura

Sukces w branży gier komputerowych wpłynął znacznie na skok popularności papierowej wersji wiedźmińskich przygód. Gra pozyskała nowych czytelników – nie tylko z Polski, ale również zza granicy. Śmiało można stwierdzić, że taki zabieg opłacił się Andrzejowi Sapkowskiemu, chociaż w tym wypadku wiąże się z tym ciekawa historia. Autor Wiedźmina wśród fanów postrzegany jest raczej jako osoba dość specyficzna. Słuszność tych przypuszczeń udowodnił, gdy okazało się, że ze sceptycyzmem podchodził do stworzenia samej gry.

Sapkowski nie był nigdy jej zwolennikiem i niejednokrotnie negatywnie się o niej wypowiadał. Na początku drogi powieść – gra, autor sceptycznie założył, że twór CD Projekt RED nie przyniesie mu dochodów, więc przekazał prawa do stworzenia gry, żądając za to jednorazowego wynagrodzenia zamiast procentu od przyszłych dochodów. Dzisiaj możemy pomyśleć o nim jak o krótkowzrocznym staruszku, jednak w 2002 roku, kiedy to zaczynały się negocjacje i rozmowy na temat stworzenia gry, branża komputerowa nie była w tak doskonałym stanie, jak teraz.

Widząc, jaki zarobek przynosi, Sapkowski głośno zaczął domagać się pieniędzy, co zostało odebrane negatywnie.Nie można jednak stwierdzić, że autor wyszedł na tym źle! Odnotowano wzrost sprzedaży jego cyklu, który wyszedł za granice naszego kraju. Tak jak wcześniej wspomniałam, Andrzej Sapkowski jest zaraz po Lemie najchętniej czytanym polskim autorem fantasy. Dodatkowo w 2013 roku autor postanowił napisać kolejną powieść z uniwersum WiedźminaSezon burz. Jest to obecnie ostatnia książka Sapkowskiego o tej tematyce.




Co przyniesie przyszłość?

Pogłoski o serialu Netflixa krążyły od dawna, jednak już od 2017 roku mamy potwierdzenie – wiedźmin Geralt doczeka się kolejnej szansy. Obsada, chociaż początkowo krytykowana przez zagorzałych fanów, wygląda całkiem nieźle, tak samo jak zdjęcia z planu, które niedawno zagościły w internecie. Nic tylko czekać na produkcję popularnej, amerykańskiej stacji!Jednak jak to wszystko wpływa na literaturę związaną z wiedźminem? 

Możemy tylko przewidywać kolejny boom na książki Andrzeja Sapkowskiego, w końcu anglojęzyczny serial  poszerzy grono odbiorców bardziej niż polska produkcja z 2002 roku. Kolejni ludzie usłyszą o naszym polskim pogromcy bestii, a to może przynieść wiele dobrego. Mimo rozgłosu uzyskanego dzięki grom komputerowym, Wiedźmin nie osiągnął jeszcze takiej popularności, na jaką zasłużył. W końcu to kawał dobrego fantasy i to nie tylko dlatego, że dobre, bo polskie!



Klaudia P.

niedziela, 18 sierpnia 2019

"Trinkets" Kirsten Smith

08:30:00 0 Comments

"Trinkets" Kirsten Smith

Wielbiciele platformy Netflix mogą kojarzyć serial Trinkets, który pojawił się 14 czerwca 2019 r. Serial oparty jest na książce, o tym samym tytule, napisanej przez Kirsten Smith. Co skusiło mnie do sięgnięcia po tę książkę? Nie jestem fanką seriali, lecz większe prawdopodobieństwo, że go obejrzenia jest wtedy gdy mam w zasięgu ręki książkę, która była pomysłem do stworzenia adaptacji. W ten o to sposób książkę przeczytałam, serial zaczęłam oglądać i podzielę się z Wami swoją opinią o książkowej wersji Trinkets.






Nr. recenzji: 300

Tytuł: "Trinkets"
Autor: Kirsten Smith
Tłumacz: Małgorzata Kaczarowska
Liczba stron: 325
Data polskiego wydania: 19 czerwca 2019
Wydawnictwo: Jaguar
W moim odczuciu: 5/10
Autor recenzji: Daria Pogodzińska






Trzy dziewczyny z całkiem innych światów uczęszczają do grupy Anonimowych Kleptomanów. Zostały do tego poniekąd zmuszone, po tym jak każda została nakryta na przestępstwie. Moe uważana jest za twardzielkę, chodzi na monotonne spotkania, na których co jakiś czas słychać chrapanie starszego pana oraz narzekania na świat przez kurę domową. Monotonia spotkań zmienia się po tym jak na salę wkracza Elodie, przeciętna dziewczyna, nowa w szkole. Za nią dołącza Tabitha, popularna dziewczyna, mająca bogatych rodziców, przystojnego chłopaka. Mogłoby się wydawać, że dziewczyny nie znajdą wspólnego języka, ale łączy je jedna rzecz, lubią gromadzić to, za co nie zapłaciły.  O ich odmiennych charakterach można po prostu powiedzieć, że przeciwieństwa się przyciągają.


Z książki można wyciągnąć wiedzę na temat przyjaźni. Na pierwszy rzut oka, może się wydawać, że przyjaźń między różniącymi się osobami nie jest w stanie przetrwać. „Trinkets” pokazuje, iż mimo różnej pozycji społecznej, majątku, czy rodziny, osoby mogą zostać sobie bliskie. Tabitha stwierdziła, że nowo poznanymi koleżankami otwiera się bardziej niż przed dziewczynami z którymi przyjaźni się od dawna. Podoba mi się to, że więcej jest motywu przyjaźni niż miłości. Postacie zostały wykreowane w taki sposób żeby łatwo je było zapamiętać, odróżnić, przez konkretne cechy którymi się wyróżniają. Żadna z dziewczyn nie irytowała mnie, przyjemnie mi się o nich czytało. Okładka przypadła do mojego gustu. Przez głównie panujący odcień pastelu jest miła dla oka oraz niezwykle dziewczęca i młodzieżowa.


Mój główny zarzut dla tej książki to nuda. Pomysł na fabułę, kradzieże, spotkania grupy to elementy ciekawe, a czytając tak tego nie odbierałam. Mimo iż narracja jest prowadzona z trzech perspektyw to opisywane przez dziewczyny przeżycia nie różnią się w znaczący sposób, a czasami jest to te same zdarzenie tylko z innej perspektywy. Po fabule w której znaczącym elementem są kradzieże spodziewałam się, że będą one opisane w zaskakujący sposób z dreszczykiem emocji. No niestety, nie było to zaskakujące, ani tym bardziej z napięciem sięgającym zenitu. Czytając myślałam o tym, może zaraz coś się wydarzy, może zaraz będzie jakiś zwrot akcji, doszłam do końca i klapa.


Podsumowując, pomysł na fabułę, kreację bohaterów oraz sposób opowiadania historii jest bardzo interesujący. Przyznam, że nie czytałam powieści w której tak ważną rolę odgrywały by kradzieże, więc jak dla mnie było to coś nowego. Na plus okładka która jest miła dla oka oraz całe wydanie książki. Z książki przekaz jaki wyciągnęłam, to, że przyjaźń między różnymi osobami jest realna. Zawiodłam się na akcji, wątki poboczne mogłyby być bardziej opisane, by nie skupiać się wyłącznie na głównym temacie. Czy jest to powieść warta polecenia? Ciężko mi jest ją polecić z czystego serca, ale książkę czytało się lekko i szybko. Z drugiej strony nie była całkiem zła, żebym ją odradzała. Dla mnie jest to 5/10


Autor recenzji: Daria Pogodzińska

sobota, 17 sierpnia 2019

czwartek, 15 sierpnia 2019

"Rok dobrych myśli" Beata Pawlikowska

09:00:00 0 Comments

"Rok dobrych myśli" Beata Pawlikowska





Nr. recenzji: 
299
Tytuł: „Rok dobrych myśli"
Autor: Beata Pawlikowska
Tłumacz: 
Liczba stron: 
Data polskiego wydania: 18 września 2019
Wydawnictwo: Edipresse Książki
W moim odczuciu: 10/10

Moja praca, ale i życie osobiste, wymagają ode mnie nieustannego planowania, zapisywania spotkań i terminów ważnych uroczystości. Każdy dzień stanowi dla mnie listę zadań, o których muszę pamięć i które koniecznie należy wykonać. W dzisiejszych czasach taki stan rzeczy znany jest niemalże każdemu z nas. Właśnie dlatego w mojej torebce każdego dnia ląduje terminarz, z którym nie rozstaję się nawet na chwilę i którego wybór jest dla mnie corocznie nie lada wyzwaniem.

Mój idealny kalendarz musi spełniać kilka niezwykle dla mnie istotnych wymogów. Tym razem udało mi się znaleźć pozycję doskonałą i w 2020 rok wkraczam z "Rokiem dobrych myśli" Beaty Pawlikowskiej. Terminarz już na wstępie przyciąga pozytywną kolorystyką. Dodatkowo wzbogacony jest o autorskie rysunki Beaty Pawlikowskiej, a także zdrowe, wegańskie przepisy kulinarne, np. na ciastka orzechowo - figowe. Co ciekawe, po zeskanowaniu kodu zostajemy przeniesieni na kanał Autorki na portalu Youtube.com i zyskujemy możliwość wspólnego przyrządzania potraw. Takie życiowe kody znajdują się również na poszczególnych stronach kalendarza, co pozwala nam na dotarcie do filmów Beaty Pawlikowskiej nawiązujących tematycznie do danego dnia. Terminarz ma format 12.5 x 18.5 cm i opatrzony jest w twardą oprawę, dzięki czemu bez kłopotu mieści się nawet w niewielkiej torebce i nie ulega zniszczeniu w wyniku codziennego użytku. Na początku znajduje się kalendarz skrócony na rok 2020 oraz 2021, co dla wielu z nas jest niezwykle istotnym elementem. Każda poszczególna strona kalendarza to oddzielny dzień, opatrzony swoistym tytułem oraz pozytywną myślą. I tak celebrować możemy Dzień Wewnętrznej Gotowości, Dzień Mojego Szczęścia czy Dzień Nowego Początku. Na dole każdej strony odszukać możemy refleksję Autorki, motywującą do optymistycznego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość i na nas samych. Dla mnie, jako dla ogromnej pasjonatki literatury, wszelkich aforyzmów i cytatów, jest to wspaniałe uzupełnienie mojego terminarza. Kalendarz zakończony jest kilkoma wolnymi stronami na notatki własne, zapiski itp. 

"Rok dobrych myśli" jest dla mnie pozycją idealną z uwagi na swój mały format, rewelacyjną, optymistyczną kolorystykę, a przede wszystkim ze względu na to, że jest to terminarz dzienny. Bez wątpienia jego walor stanowią "tytuły dnia" oraz myśli Autorki, które w sposób naturalny pozytywnie nastrajają do nadchodzącego dnia. Możliwość swoistej interakcji dzięki życiowym kodom sprawia, że jeżeli tylko zapragnę zgłębić dany temat - mam taką możliwość natychmiast, bez konieczności przeszukiwania sieci i odnajdywania interesujących mnie materiałów. Dla mnie osobiście kalendarz ten spełnia wszelkie wymogi i nie znajduję nawet jednego elementu, który wymagałby modyfikacji czy zmiany.

Rok 2020 będzie pierwszym, w którym towarzyszył mi będzie "Rok dobrych myśli" Beaty Pawlikowskiej. Ale już dziś z pełną stanowczością stwierdzić mogę, że nie ostatni. Po wieloletnich poszukiwaniach ostatecznie znalazłam swój kalendarz idealny. Jeśli zatem podobnie jak ja, jesteście osobami aktywnymi, których codzienność wymaga rozplanowania zadań, a dodatkowo lubujecie się w aforyzmach i chcecie każdy dzień rozpoczynać z uśmiechem na ustach i pozytywnym nastawieniem  - jest to terminarz dla Was! 

środa, 14 sierpnia 2019

"Weź głęboki wdech" - Kasia Bulicz-Kasprzak

10:00:00 0 Comments
Mamy tutaj zabójstwo szanowanego profesora, który był dla Michaliny autorytetem, inspiracją i nadzieją na jej rozwój. Dziewczyna nie ma zamiaru odpuścić własnego śledztwa, które...Jest trochę niekonwencjonalne, ale o tym musicie przekonać się sami.

 Nr. recenzji : 301
 Tytuł : „Weź głęboki wdech”
 Autorka : Kasia Bulicz-Kasprzak
 Liczba stron : 324
 Data wydania : 14 sierpnia 2019
 Wydawnictwo : Edipresse
 W moim odczuciu : 7/10
 Autorka recenzji : Małgorzata Górna

  Główną bohaterką jest 30-letnia Michalina Zielińska – marzy o rozwoju swojej kariery naukowej i jest na dobrzej drodze do zrealizowania celu. Mimo specyficznych matki i ciotki, które niemal bez przerwy przypominają kobiecie o jej wadach, stara się normalnie funkcjonować. Ogromy wpływ matki i jej metody wychowawcze znacznie przyczyniły się do sposobu w jaki Michalina interpretuje rzeczywistość i czym się kieruje w podejmowaniu działań.

Weź głęboki wdech, ściągnij łopatki i staw czoła rzeczywistości.

Daje się ona poznać jako osoba zdeterminowana i dokładna w sprawach zawodowych, ale kompletnie nieporadna w sytuacjach dotyczących życia. W pierwszej chwili zdiagnozowałam u niej rozszczepienie osobowości, ale koniec końców dało się do tego przyzwyczaić i nie traktować jako schorzenie. Prawda jest taka, że sami często mamy wewnętrzne rozterki, ale nie zauważamy rozdzielenia swoich wewnętrznych „ja”, prawda? Nie mam pojęcia jaki był zamysł autorki, ale dla mnie Michalina i jej szeroka osobowość to wszystko, czego potrzeba do dobrej zabawy przy książce. A! Są jeszcze mama i ciotka – też świetne postaci. Wydaje mi się, że jest to taka troszkę komedia połączona z thrillerem, nie wiem jak Wam to inaczej przedstawić.

fot. instagram

Moją najczęstszą reakcją było unoszenie i marszczenie brwi, ponieważ w momencie, gdy wszystko szło ku prostemu – bum! Punkt zwrotny wkracza do akcji. Czytałam z niecierpliwością czekając na kolejne niespodzianki, jakie Pani Kasia ma w zanadrzu. To, co się tam działo totalnie przeszło moje wyobrażenie. Wiecie, spodziewałam się okrutnego morderstwa, niesamowicie napiętego dochodzenia, zszarganych nerwów z niecierpliwości i przejęcia oraz bezsenności, jednak niewiele z tych odczuć miało miejsce. 
Oczywiście ekscytowałam się, byłam równie dociekliwa jak nasza Pani botanik, ale nie było to przejęcie czysto kryminalne. A jeszcze jeśli chodzi o cierpliwość, to niemal do ostatniej strony nie mamy pewności. Szczerze przyznam, że mając do końca kilka stron zwątpiłam, czy historia będzie zamknięte zakończenie, na szczęście się udało.

Jeszcze, co ważne, dawno tak nie odpoczęłam przy czytaniu! Ze spokojną głową chłonęłam kolejne rozdziały. Żadnego wewnętrznego przymusu, przerw na zebranie myśli, po prostu czysta przyjemność.
Komu polecam? Na pewno tym, których zaintrygował opis, sama się złapałam, a także tym, którzy szukają relaksującej i absorbującej lektury na wieczór, coś pomiędzy thrillerem a kryminałem, o czym wspomniałam wcześniej. Oczywiście kto ma ochotę, ten sięgnie. Nie stawiam żadnej reguły, przyjemnego czytania!

Małgorzata Górna

wtorek, 13 sierpnia 2019

"Dwa światy. Przejście skazanych dusz." Paulina Zielińska

12:00:00 0 Comments

Debiut świeżej krwi autorki, który odkrywa przed czytelnikiem
tajemnicę i dualizm świata, który dotąd okazywał się być zwyczajny. 
Młodzieżowe science-fiction idealne na krótkie, letnie wieczory.



Znalezione obrazy dla zapytania paulina zielińska dwa światy


 


 
Nr. recenzji: 298
 Tytuł: ''Dwa światy. Przejście skazanych dusz.''
Autor: Paulina Zielińska
Liczba stron: 464
Data wydania: 05.07.2019
Wydawnictwo: Novae Res
W moim odczuciu: 4/10
Autor recenzji: Klaudia P.






Niedawno do swoich rączek dostałam książkę "Dwa światy. Przejście skazanych dusz" pióra Pauliny Zielińskiej - świeżej krwi w świecie polskiej literatury. Chociaż książka na pozór wydaje się objętościowo dość duża, to z łatwością da się ją pochłonąć w trzy wieczory. Wydawnictwo Novae Res ubrało powieść w piękną i intrygującą okładkę, która od razu przyciągnęła moje zainteresowanie. Widzimy, że została ona podzielona na pół, co idealnie pasuje zarówno do tytułu, jak i całej treści książki. Jednak jest to pozycja, która po raz kolejny utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie powinno się oceniać książki po okładce.


Lea to uczennica jednego z warszawskich liceów. Z własnego wyboru odsunięta od rówieśników, cicha i skryta, pewnego dnia zaczyna zwracać na siebie uwagę jednego z najpopularniejszych chłopaków w szkole. Jakby tego było mało, dziewczyna trafia na ukryty w lesie, opuszczony dom, a w nim spotyka Wiktora - chłopaka innego niż wszyscy. Od tamtej chwili niespotykane zdarzenia zdają się nie opuszczać dziewczyny ani na krok, a wszystko to powoduje, że ona i jej matka znajdują się w niebezpieczeństwie.  Skomplikowane nastoletnie życie zostaje wzbogacone kolejnymi problemami i strachem o własne życie. Co wspólnego ma z tym tajemniczy Wiktor? Czy jej ojciec jest w to wszystko zamieszany? Co robić, jeśli świat, w którym żyjemy zdaje się inny niż przypuszczaliśmy?

Autorka książki zdecydowanie wie jak trafić w serce młodzieży. W książce dostrzec można wiele znanych młodzieżowych wątków - zwłaszcza trójkąt miłosny. Już po około 30 stronach moja lista typowych elementów z powieści dla młodzieży była obfita. Zwłaszcza kreacja bohaterów wydaje się bardzo znajoma, jeśli przeczytało się kilka książek z tej kategorii. Język, który używany jest przez Paulinę Zielińską, sprawia, że czytanie jest bardzo przyjemne. Używa ona dość prostego i przyjemnego w odbiorze stylu - tak często spotykanego w młodzieżówkach. Jest to zdecydowanie plus, zwłaszcza mając na uwadze to, że jest to debiut autorki - z kartki na kartkę da się zauważyć jeszcze większą płynność językową oraz rozwój.


Kreacja bohaterów to zdecydowanie coś, nad czym musi popracować młoda pisarka. Główna postać - Lea - to typowa szara myszka z kart powieści dla młodzieży. Samotnie wychowywana przez matkę, przejawia pewne niecodzienne umiejętności. Z formy typowej bohaterki młodzieżówek, wyróżnia ją duża pewność siebie - to było w niej najbardziej denerwujące. Z jednej strony była zamknięta w sobie i wiele scen ukazywało ją jako dziewczynę, która uważa się za przeciętną. Zaraz potem na kolejnych kartkach czytamy o tym, jak  patrząca w lustro Lea uważa się za niesamowitą piękność, by następnie znowu doświadczyć syndromu szarej myszki. Nie raz natomiast dane nam będzie dostrzeżenie Lei jako niezniszczalnej, najlepszej bogini, przekonanej i pewnej swojej wyższości. Widać tutaj pewną irytującą niekonsekwencję, która w kolejnych książkach powinna zostać naprawiona.  Również Sebastian i Wiktor to przedstawiciele bohaterów o przewidywalnych cechach. Woda i ogień. Niebo i piekło. Tak mniej więcej, w skrócie można opisać te postacie. Jak w większości młodzieżówek, w których pojawia się trójkąt miłosny - ukochani bohaterki są skrajnie różni, a ona nie może się zdecydować, którego z nich wybrać.


Książka jest dość spora objętościowo i miejscami wydaje się zbyt szczegółowa. Większość rozdziałów zaczyna się od tego, że Lea budzi się rano, wstaje z łóżka, idzie do łazienki, a następnie je lub nie je śniadania. Sprawia to, że zaczynanie rozdziałów było dla mnie miejscami katorgą. Również niektóre dialogi spokojnie można byłoby pominąć, jednak wielu debiutantów popełnia te błędy.


Moja niska ocena wiąże się z tym, że książka nie jest po prostu tym, czego szukam na rynku wydawniczym. Zdecydowanym odbiorcą są tutaj nastolatkowie do lat 16 lub ci, którzy nie mają zbyt wielu tytułów na swoim koncie. Dla mnie jako czytelnika, który połknął już tysiące książek, nie było to nic odkrywczego. Powtarzalność wątków i kreacja postaci sprawiła, że w moim odczuciu pomysł na niesamowitą fabułę został odrobinę zmarnowany. Nie można jednak powiedzieć, że jest to tragiczna książka. Spodoba się ona osobom, które dopiero zaczynają swoją podróż z czytaniem oraz dorastającej młodzieży, która być może odnajdzie w niej kawałek siebie. Mam nadzieję, że autorka dopracuje kilka spraw, a dopracowana Lea wróci do nas w kolejnej części interesującego świata young science-fiction. 



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Novae Res!


Autorka recenzji - Klaudia P.

czwartek, 8 sierpnia 2019

"Requiem dla analogowego świata"

17:47:00 0 Comments

 "Requiem dla analogowego świata" 

Rafał Cichowski


"Jest 1997 rok, czworo przyjaciół z kutnowskiego podwórka świętuje nadejście upragnionych wakacji nie przypuszczając, że prawdziwa szkoła dopiero się rozpoczyna, a deszczowe lato zmieni ich na zawsze." Chcesz cofnąć się w czasie do lat 90? Przypomnieć sobie stare zwyczaje, albo je poznać? Dobrze trafiłeś - ta książka jest dla Ciebie.

Nr. recenzji: 298
Tytuł: "Requiem dla analogowego świata"
Autor: Rafał Cichowski
Liczba stron: 336
Data polskiego wydania: 12 czerwca 2019
Wydawnictwo: Novae Res
W moim odczuciu: 9/10
Autor recenzji: Justyna Szczep



Książka w całości osadzona została w latach dziewięćdziesiątych. Język jak i cała fabuła jest przemyślana w każdym słowie.
Idealnie opisany jest dziecięcy punkt widzenia z tamtych lat - od ubioru, przez słodycze, do zabaw podwórkowych. Czytelnik jest w stanie wszystko sobie wyobrazić - te szare blokowiska, te zdarte trampki i ubrudzone koszulki. Jest się w stanie to poczuć - ten padający deszcz…
I dopiero po tylu latach uświadamiamy sobie, że niektóre zachowania były nieodpowiedzialne. W tamtych czasach nie potrzebowaliśmy komputerów ani telefonów - a rodzice wiedzieli gdzie jesteśmy. Zewsząd można było usłyszeć piosenkę zespołu Hey "Moja i Twoja nadzieja", do której mam sentyment do dnia dzisiejszego - jedna z niewielu piosenek, które wzbudzają we mnie wspomnienia.

Książka napisana jest prostym językiem - dzięki temu książkę można przeczytać w mgnieniu oka.
Według mnie autor w dosadny i szczegółowy sposób porywa nas w lata 90. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie - 13-letni główny bohater opowiada o wszystkich wydarzeniach. Choć patrząc na tak młody wiek, jego wypowiedzi są  bardzo dojrzałe. 
Są momenty takie, że aż łzeka w oku się zakreci, ale i takie że na całe gardło człowiek by się śmiał. Dzięki tej pozycji mogłam cofnąć się do czasu swojego dzieciństwa i spojrzeć na nie jeszcze raz już jako osoba dorosła.


Jedynym minusem według mnie są niektóre fragmenty, którym autor za dużo poświęcił uwagi/opisu przez co stają się przez to nudzące…


PODSUMOWANIE - Dzięki tej książce mogłam powrócić do czasów dziecięcych. Autor sprawił mi wielką radość oraz wzruszenie, dzięki wszelkiej gamie uczuć opisami dawnych lat. Mogłam spokojnie rozsiąść się w fotelu i rozmarzyć we wspomnieniach. Jeżeli ktoś także chciałby powrócić, chociażby na chwilę do lat 90 to pozycja jest idealna !

Autor recenzji: Justyna Szczep

wtorek, 6 sierpnia 2019

"Tatuażysta z Auschwitz" Heather Morris

11:13:00 0 Comments

"Tatuażysta z Auschwitz" Heather Morris 


Nr. recenzji: 289  
Tytuł: „Tatuażysta z Auschwitz"
Autor: Heather Morris 
Liczba stron: 320
Data polskiego wydania: 18 kwietnia 2018
Wydawnictwo: Marginesy
W moim odczuciu: 9/10

Przychodzę dziś do Was z recenzją i opinią o książce Heather Morris zatytułowaną "Tatuażysta z Auschwitz". Książka premierę polską miała 18 kwietnia 2018 roku i od razu zrobiło się o niej bardzo głośno. 

Kolejka do wypożyczenia w bibliotece mojego miasta cały czas utrzymuje się na poziomie 7-10 osób i właśnie ze względu na czas oczekiwania zdecydowałam się na zakup tej pozycji. 

Jestem z pokolenia, gdzie w rodzinie się ten temat poruszało, ponieważ moi pradziadkowie mieli to nieszczęście być w obozie, a zarazem wielkie szczęście, że zostali wywiezieni na roboty do niemiec, gdzie trafili do bardzo dobrych gospodarzy,  z którymi nasza rodzina ma kontakt do dnia dzisiejszego. To dzięki nim w głównej mierze udało się przetrwać to piekło na ziemi. Więc podświadomie w pewnym stopniu tkwi we mnie nadal "zadra" za to co zrobiono moim pradziadkom. Tyle prywaty tytułem wstępu, a teraz juz wracam do książki. 

Jest to opowieść o tym, jak młody dzwudziestosześciolatek pochodzenia żydowskiego o imieniu Lale trafia jednym z pierwszych transportów do obozu Auschwitz. Trafia do miejsca gdzie nie ma imion, nazwisk, dokumentów, a jedynym znakiem jest numer wytatuowany na przedramieniu. Od tej pory stał sie numerem 32407. I choć z początku miał w sobie duszę buntownika, to bardzo szybko pojął obozowe zasady w walce o przetrwanie. Wykorzystał to, że mówił biegle kilkoma językami i stał się tätowierer. Ta profesja dała mu jak na obozowe realia bardzo duże możliwości, między innymi swobodę poruszania się po terenie calego obozu, a nawet między obozami na odcinku 8 kilometrów. 

Dobrze wiedział, że potęgą jest tu informacja i takowe starał się za wszelką cenę gromadzić. Jako człowiek inteligentny dość szybko nawiązał kontakty, dzięki którym miał dostęp do kosztowności znalezionych w rzeczach nowych więźniów, za które kupował jedzenie oraz lekarstwa spoza obozu które  później rozdawał innym mieszkańcom obozu, którzy pojawiali się na jego drodze. To właśnie te długi wdzięczności nie raz ocalały jego życie, które każdego dnia wystawione było na próbę.

Podczas wykonywania swoich zadań jako tatuażysta zobaczył młodą kobietę, w której od razu się zakochał. To właśnie ten wątek jest w książce pierwszoplanowy. Gita podobnie jak on przebywała w obozie od samego początku. To właśnie w obozie kwitło ich uczucie, które daje obojgu siłę do przezwyciężenia chorób i trudów dnia codziennego. 

Książka porusza także historię obozowych oprawców jakimi byli żołnierze SS, lekarze niemieccy, którzy w okrutny sposób eksperymentowali na ludziach oraz innych więźniów, którzy wyzbywali się swojego człowieczeństwa w walce o przeżycie na stanowiskach obozowych "kapo". 

Wiedząc, że wydarzenia opisane w książce są autentyczne oraz znając ten temat w historii, nie oceniam żadnej postawy tych ludzi. Jak sam Lale zauważył obowiązywała tam zasada - rób co musisz aby przeżyć. 

Książka jest zbiorem wspomnień Lalego, który zdecydował się opowiedzieć swoją historię po śmierci żony - Gity w 2003 roku. Napisana płynnie w sposób dość lekki przez co czyta się bardzo szybko.  Jak juz wspomniałam jest to głównie historia miłosna Lalego i Gity, jednak w bardzo delikatny sposób zahacza o brutalność wydarzeń. Bardzo ciekawym dodatkiem pod koniec książki są fotografie, a także słowa głównego bohatera, jego syna i autorki. 

Moim zdaniem warto przeczytać tę, jak i inne książki poruszające tą tematykę, choćby po to,  aby pamięć o tym strasznym okresie historii światowej nigdy nie umarła wraz z odchodzącym pokoleniem ocalałych więźniów niemieckich obozów zagłady. 

Autor recenzji - Agnieszka Jarosz