poniedziałek, 30 sierpnia 2021

"Uwikłana" – Daria Paulina Bączkiewicz

Ludzie spowici są tajemnicami i zatajają wydarzenia ze swojego życia, pragnąc jednocześnie o tym zapomnieć i robić wszystko by ktoś nie odkrył prawdy. Manipulują, skrywają się za fałszerskimi maskami, szukając osoby, która da im się osaczyć niczym zwierzę w klatce brzydzące się ludzkiego dotyku i zamknąć w ciasnym uścisku nieświadomości. Nie kontrolują się – najmniejsza wzmianka o zakopanych już dawno wspomnieniach doprowadza ich do maniakalnego szału. Oczekują współczucia, wzbudzają na siłę poczucie winy. Usilnie próbują znaleźć kogoś, kto zrozumie, zaakceptuje i oddzielając grubą kreską wszystkie ich błędy, da im czyste konto. Uważaj, bo ofiarą możesz być ty. Maureen doświadcza tego na własnej skórze i choć usilnie stara się zrozumieć, nie daje się złapać drapieżnikowi dzięki swojemu ognistemu temperamentowi i zaradności. Ale czy drapieżnikiem jest się z wyboru? Zapraszam was do wykreowanego przez Darię Paulinę Bączkiewicz świata pełnego intryg i mroku. Tu nie możecie czuć się bezpiecznie. Gra na uczuciach, toksyczna relacja, od tego nie możesz już uciec. A ty? Dasz radę zachować zdrowy rozsądek? "Uwikłana" to prawdziwa walka o przetrwanie.

Nr recenzji: 461
Tytuł: Uwikłana
Autor: Daria Paulina Bączkiewicz
Data polskiego wydania: 13 sierpnia, 2021
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 352
Autor recenzji: Julianna Kucner
W moim odczuciu: 2/10


Maureen, młoda oraz ambitna kobieta, przeprowadza się do obcego kraju. Od tego momentu część swojego nowego życia musi dzielić z tajemniczym współlokatorem. Wkrótce odkrywa jednak, że Geoffrey, chłopak, z którym zamieszkała wciąga ją w dziwną i niebezpieczną grę. Determinacja Maureen i szalony temperament nie pozwala jej się wycofać, a chęć poznania prawdy o człowieku, od którego jest zależna, staje się ważniejsza niż jej własne bezpieczeństwo. I mimo że każdy dzień spędzony w jego towarzystwie przypomina koszmar i przyprawia o wymioty, dziewczyna coraz bardziej, bezpowrotnie zagłębia się w toksyczną relację. Wkrótce okaże się, że Geoffrey skrywa tajemnice, które na zawsze powinny zostać nieujawnione. Czy Maureen nieodwracalnie wpadnie w sidła Geoffrey 'a i pozwoli w pełni przejąć nad sobą kontrolę, stając się marionetką w jego chorej grze? Tak, bo wzięła te sidła i się nimi samodzielnie obwiązała.

Najpierw myślałam, że to będzie kolejna tandetna historia miłosna, ale z biegiem czasu zdałam sobie sprawę, że coś tu nie gra. Wgłębiając się coraz bardziej w relacje tych dwojga, dostawałam ciarek na ciele. Liczyłam chyba na coś zbyt oczywistego.. Robiło się niepokojąco, mrocznie i podobało mi się to! Uzależniłam się od adrenaliny, którą karmiła mnie autorka, zabierając powoli w otchłań wyimaginowanego świata. Im dłużej zżerała mnie niepewność, tym większą miałam ochotę na nieprzerwane czytanie, albo wyrzucenie książki za okno, bo historia nie zmierzała do żadnego konkretnego celu.
Czułam się, jakby autorka podłożyła bombę, która w każdym momencie może wybuchnąć. Nie wiedząc, kiedy i jak to się stanie, musimy mieć oczy dookoła głowy i być wyczuleni na każdą możliwą ewentualność. Tylko że bomba nie wybuchła. Czekałam. Czekałam. I czekałam. I nic.

Ale co z tego, że ta oryginalna fabuła strasznie mnie zachwyciła, a mój umysł przepełniony był wieloma hipotezami i pracował na pełnych obrotach, skoro reszta totalnie leży. Po raz kolejny spotykamy się z czymś powszechnie znanym: pomysł dobry, wykonanie nie. Zacznę może od tego, jak denerwująca i irytująca jest główna bohaterka. Ani trochę jej nie polubiłam. Przeprowadziła się do zupełnie nowego środowiska, zostawiając przyjaciół i rodzinę (za którymi ewidentnie usycha z tęsknoty, bo dostajemy dziesięć stron jej wewnętrznego monologu), zgadzając się na mieszkanie pod jednym dachem z facetem o dziesięć lat starszym, z którym widać z daleka, że coś jest nie tak! I tu zaczyna się robić ciekawie i wprost śmiesznie, bo główna bohaterka to zauważa i zaczyna cały czas podkreślać, że go nie zna i mu nie ufa, ale nic z tym nie robi, bo tłumaczy sobie, że jest po prostu skryty. Autorka pokazuje, że Maureen nie ma w ogóle mózgu, gdy pyta się Geoffrey 'a, po co ją sprowadził do innego kraju, a z tego, co wiemy, to nie wpakował ją, siłą do samolotu. Może był to celowy zabieg autorki i specjalnie wykreowała tak tę postać, by pokazać, jaka jest irracjonalna i impulsywna, ale moim zdaniem było to zupełnie nielogiczne i znacznie odbiegało od realizmu, którego najwidoczniej na próżno tutaj szukać.
Wspomnę jeszcze tylko, iż jest to literatura sensacyjna, a sensacji mamy tu tyle, że nawet punkt kulminacyjny nie istnieje, bo większość książki to przemyślenia głównej bohaterki, więc zaliczyłabym to raczej do tandetnego pamiętnika. O reszcie bohaterów nie będę się wypowiadać, bo zrobiłabym dziurę w klawiaturze przez to, że mają mniej IQ niż ja lat i w dodatku wszyscy cierpią na totalne rozdwojenie jaźni. Jakby jeszcze tego było mało, to wszyscy potrafią się teleportować! Raz są w jednym miejscu, raz w drugim. Byli w pracy, pyk, no i są w domu! Też bym tak chciała.

Wprowadzenie angielskich słówek to chyba najgorsze co zrobiła autorka i muszę temu po prostu poświęcić osobny akapit. Po raz kolejny przywołam tutaj biednego Geoffrey 'a, któremu chyba się zacięła płyta, bo dosłownie w każdym zdaniu zwraca się do Maureen "sweetie", "sweets" i "sweetheart". W przypisie przetłumaczono to jako "słodziutka", co jest bardzo ciekawe, ponieważ kolega z pracy Maureen tak się do niej zwrócił, ale nie "sweetie", tylko po prostu "słodziutka". Nie wiem, dlaczego mamy w powieści dwie wersje tego słowa, skoro akcja na pewno osadzona jest w jakimś anglojęzycznym państwie. Uznałabym to po prostu za lekkie potknięcie i usprawiedliwiłabym to tym, że polski nie jest zbyt elastycznym językiem do pieszczotliwych zwrotów, ale po co używać tych dwóch wersji? Żebyśmy zwijali się z zażenowania? Autorka na tym nie pozostaje i nawala te słówka wszędzie, np. zamiast po prostu "zdrowa opcja" mamy "healthy option". Wiecie, żeby było więcej "designu".
Doszliśmy wyżej do wniosku, iż logika w tej powieści nie istnieje. Fakt, bo na wieczornej kolacji z Geoffreyem główna bohaterka, myśli raczej o lekkim posiłku. Wybiera więc grillowany ser halloumi z pikantnym sosem meksykańskim. Trzyma się to kupy, nieprawdaż?

Jedyne co mogę tutaj pochwalić (nie do końca) oprócz oryginalnego i niekonwencjonalnego pomysłu na fabułę to opisy (może niekoniecznie te kilkustronowe brania prysznica). Profesjonalne opisy miejsc dodają klimatu i doskonale wizualizują panujące warunki na wyspie oraz oddziałują na wyobraźnię. Autorka czule pieści nasze zmysły, precyzyjnie oddając każdy detal malowniczego klimatu morskiego. Zachwycające ogrody, przepych, setki statków, niebo idealnie kontrastujące z taflą wody. Jest tego stanowczo za dużo. Po kilku linijkach zaczynają nudzić.

Przynajmniej autorka przekazuje nam jakieś wartości. Jej proza jakby bije na alarm i ostrzega nas przed toksycznością. Może niekoniecznie na przykładzie głównej bohaterki, która więcej myśli niż robi, (o ile w ogóle myśli), ale w jakiś sposób pokazuje manipulatorskie zachowania takie jak wpajanie niemożności normalnego funkcjonowania i życia bez oprawcy. Geoffreyowi przypadła rola iluzjonisty, który powoli odciąga Maureen od rzeczywistości, będąc dogłębnie przekonanym o tym, jak bardzo jest wspaniałomyślny. Zdecydowanie na plus emocjonalne słownictwo, dobrze opisane uczucia i dość poetyckie zwroty pośród tych krótkich, nic niewnoszących zdań.

Podsumowując, autorka znacząco nadwyrężyła moje nerwy. Książka najgorsza nie była, wystarczy tylko popracować nad realizmem i posiadać jakiś plan. Tak czy siak, nie skuszę się raczej na drugim tom, ale może wy znajdziecie w tej powieści coś, czego ja dostrzec nie mogłam.

Wydawnictwu Novae Res dziękuje za próbny egzemplarz, autorce życzę dalszych sukcesów i weny twórczej, a czytelników tak jak zawsze proszę o jakiś krótki komentarz :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Z miłą chęcią przeczytam co masz do powiedzenia, więc skomentuj i spowoduj u mnie euforię! Dziękuję. :)