Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 sierpnia 2025

"Tolienesse. Pani Drzewna" - J.D. Feliks

18:00:00 0 Comments
Natura najczęściej jest przedstawiana jako coś dobrego, sprawiedliwego i boskiego. W ubiegłych wiekach fauna i flora odgrywały kluczową rolę w utworach literackich np. fraszkach, wierszach lub balladach jako coś do wyznaczania sprawiedliwości (np. porażenie piorunem Balladyny, aby ją ukarać za jej czyny). Były też utwory wysławiające przyrodę, dziękując jej za wszelkie dobra, którymi nas obdarowała. 



Tytuł: "Tolienesse. Pani Drzewna"

Autor: Janusz Dominik Feliks

Liczba stron: 553

Data wydania: 2025

Wydawnictwo: Novae Res

W moim odczuciu: 4/10

Autor recenzji: Natalia Paterek


  

 "Natura daje życie. I może je odebrać"


W opowieści J.D. Feliksa - "Tolienesse. Pani Drzewna" uosobiona natura oślepiona wizją świata bez ludzi postanawia obrócić wszystko w pył, spala pamięć, zatruwa serca i karmi las gniewem. Bohaterowie tej książki mają mało czasu, aby powstrzymać Panią Drzewną. Do takiego obrotu spraw doprowadziły przełomowe wydarzenia m.in. spór między braćmi - brat powstał przeciw bratu. Natura dogorywa, a wszystko to przy udziale pani Drzewnej. Na jej drodze stają Bortaniel - chłopiec ze znamieniem w kształcie klucza oraz Dauremia - córka zamordowanego regnora (inaczej władcy). Połączeni przez los, rozdzieleni przez wybory. Razem przemierzają krainy pełne wielu niebezpieczeństw. Czeka ich trudna podróż do wnętrza mroku, przeszłości, o której wszyscy zdążyli zapomnieć i lśniącego drzewa, które pamięta zbyt wiele. Jeśli zawiodą, Tolienesse czeka zagłada - wszystko stanie w płomieniach. Bortaniel i Dauremia mogą przepłacić zwycięstwo życiem.


Sięgnęłam po tę książkę z czystej ciekawości, bo jestem dość ciekawską osobą. Okładka wywołała we mnie mnóstwo emocji, jak i pytań typu „co ona może oznaczać?”. Ta książka, a zwłaszcza część tytułu - „Pani Drzewna” skojarzyła mi się z „Babcią Wierzbą” z filmu Walta Disneya „Pocahontas”. Jak byłam mała, to uwielbiałam to oglądać, a dzięki okładce przypomniałam sobie o istnieniu tej bajki, co skłoniło mnie do obejrzenia jej po tak długim czasie. Świat jest świetnie przedstawiony w tej opowieści, co jest ogromnym plusem dla książki. Bardzo urzekły mnie imiona bohaterów, podobają mi się i idealnie pasują do tej historii, moim zdaniem brzmią tak magicznie i tajemniczo. Uosobiona natura to po prostu coś, czego szukałam, bo mimo że do lektur obowiązkowych w szkole nie mam głowy, tak do uzupełniających/pobocznych utworów literackich typu ballady i fraszki mam zamiłowanie. Tam w większości występują uosobione zjawiska przyrodnicze i to powoduje, że chcę to czytać lub słuchać i to motyw uosobienia fauny i flory skłonił mnie do przeczytania i zrecenzowania tej książki.


Mimo kilku plusów, które dostrzegłam w tej książce, zdecydowałam się zakończyć jej lekturę mniej więcej w połowie. Sama w sobie nie jest zła – ma swój klimat, a momentami potrafi zaciekawić – jednak dla mnie fabuła okazała się zbyt monotonna i powolna. Zabrakło mi wyrazistych zwrotów akcji oraz czegoś, co sprawiłoby, że naprawdę chciałabym sięgnąć po kolejne rozdziały. Nie twierdzę, że to zła książka – po prostu nie trafiła w mój gust i oczekiwania. Być może kiedyś dam jej jeszcze jedną szansę, ale na ten moment zwyczajnie nie czuję potrzeby, by wracać do niej. Wydaje mi się, że gdyby fabuła była bardziej dynamiczna i nieco inaczej poprowadzona, oceniłabym ją dużo wyżej. 


Każdy z nas ma inny próg tolerancji na „nudę” w książkach, więc to, co dla mnie okazało się monotonne, komuś innemu może przypaść do gustu. Jeśli jesteś fanem gatunku fantasy, istnieje spora szansa, że ta historia przypadnie Ci do serca. Może właśnie Tobie się spodoba?




czwartek, 17 kwietnia 2025

"Faking with benefits. Gra pozorów z bonusami" - Lily Gold

12:00:00 0 Comments

Na przełomie ostatnich dwóch lat, widoczna jest największa zmiana na rynku wydawniczym. Klasyczne historie miłosne coraz śmielej zostają wypierane przez romanse poligamiczne zarówno te z motywem poligynii (jednego mężczyzny i wielu kobiet), jak i poliandrii (jednej kobiety i wielu mężczyzn). Z początku stanowiąc niszową część gatunku, dziś coraz częściej mamy do czynienia z tą stroną romansów. Nie stanowią już tylko ciekawostki, a podbijają listy bestsellerów. Trudno więc się dziwić, że sięgając po „Faking with Benefits. Gra pozorów z bonusami” autorstwa Lily Gold, oczekiwania były spore. Szczególnie że książka obiecywała nie tylko romans, ale też lekką komedię, ciekawe tło fabularne i emocje.





Tytuł: Faking with benefits. Gra pozorów z bonusami


Tytuł: Lily Gold


Data wydania: 01.04.2025


Wydawnictwo: Zysk i S-ka


Liczba stron: 512


Moja ocena: 4/10


Autor recenzji: Wiktoria Sroka





POSZUKIWANI: Trzej chłopacy na niby. Wymagania: wysocy, umięśnieni – i gotowi nauczyć mnie, jak się całować. Mam na imię Layla i jestem… totalnie nierandkowa. Serio. Mam dwadzieścia osiem lat i nigdy nie miałam chłopaka. I zaczynam już tracić cierpliwość. Na szczęście mam trzech chętnych do pomocy przyjaciół: Zack to były gracz rugby, Josh jest typem chłopaka z sąsiedztwa, a Luke to mój były profesor. Kiedy po fatalnej randce zalewam się łzami w ich ramionach, postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Wspólnie zgadzają się zostać moimi „treningowymi chłopakami” i opracowują plan lekcji, który obejmuje udawane randki, sesje całowania i warsztaty z flirtowania przez SMS-y. W zamian muszę tylko raz w tygodniu pojawiać się w ich podcaście o relacjach. Proste, prawda? Ale im dalej w te „lekcje”, tym bardziej wszystko wymyka się spod kontroli. A ja chcę czegoś więcej.




Wszystko to w połączeniu z opisem, brzmiało bardzo interesująco, jednak w praktyce nie do końca spełniło oczekiwania. Głównym problemem, jaki miałam z tą książką, jest to styl pisania autorki, przez który ciężko było mi przebrnąć. Autorka nie potrafiła na tyle zainteresować, by utrzymać to zaangażowanie na dłużej niż pięć stron, co przy pięciuset stronach bywa niezwykle irytujące. 



Opisane losy Layly to przykład historii, której konspekt jest na tyle ciekawy, by wyróżniać się na tle innych. Niestety, wykonanie nie jest już aż tak bardzo ciekawe, a początkowy potencjał coraz bardziej ukazuje się jako niewykorzystany. Historia szybko traci swoją siłę przebicia, tempo siada, a to, co miało być wyjątkowe, staje się dość przewidywalne i schematyczne. 



Nie da się również pominąć faktu, że książka jest przeznaczona wyłącznie dla dorosłych czytelników. Sceny erotyczne pojawiają się często i są bardzo szczegółowe. Niektórym mogą się one spodobać, jednak jest ich tak dużo, że momentami wydają się głównym elementem fabuły, wypierając rozwój postaci czy relacji emocjonalnych. Seks dominuje nad treścią, co powoduje, że książka traci balans między romansem a erotyką. Dla niektórych będzie to atut, dla innych – przesyt i znużenie.



W tym wszystkim nie można zapomnieć o kreacji bohaterów, która ku zaskoczeniu, ale również pozostawia wiele do życzenia. Layla, która z początku pokazana jest jak niezależna i ambitna, często zachowuje się naiwnie, gubiąc w swoich decyzjach konsekwencje. W jej kreacji nie spodobał mi się również wątek samoakceptacji, gdyż z jednej strony podkreślane przez bohaterkę, iż akceptuje siebie, z drugiej strony, jedyne chwile gdy jesteśmy w stanie dostrzec realność tych słów, to chwilę z trójką mężczyzn. Co do Josh’a, Zacka i Lucka są to bohaterowie z trzema różnymi historiami, które w praktyce zlewają się w jedną całość. Josh to bohater, który skrywa uczucia do Layli od lat, ale nigdy nie zdobył się na odwagę, by je wyznać. Zack to mężczyzna po ogromnej stracie — jego narzeczona zmarła, co nałożyło się cieniem na jego życie uczuciowe. Luck natomiast to rozwodnik z dystansem do miłości, który unika bliskości. Teoretycznie, każdy z tych mężczyzn reprezentuje inną historię, inne zmagania i inne podejście do relacji. Problem w tym, że w praktyce te różnice są tak słabo zarysowane, że szybko przestają mieć znaczenie. Ich historie, choć interesujące, nie znajdują odpowiedniego rozwinięcia i pogłębienia. Zamiast ciekawej kreacji postaci, otrzymujemy trzech mężczyzn, którzy różnią się tylko imionami.



“Faking with benefit. Gra pozorów z bonusami” autorstwa Lily Gold  to książka, która ma swój urok i może przypaść do gustu osobom szukającym lekkiej, mocno erotycznej historii z nietypowym układem romantycznym. Dla mnie jednak była to lektura dość rozczarowująca – momentami przyjemna, ale ostatecznie nijaka. Ilość wad i rozczarować, które pojawiły się w trakcie czytania, skutecznie przyćmiła potencjalne zalety tej historii. 


środa, 14 czerwca 2023

"Nie pozdrawiam, Ethan" - Whitney G.

00:00:00 0 Comments

Prawdziwi wrogowie nie opiekują się sobą, a już na pewno nie obchodzą ich problemy osobiste drugiego.




Tytuł: Nie pozdrawiam, Ethan

Autor: Whitney G.

Data wydania: 17.05.2023

Wydawnictwo: Niegrzeczne książki

Liczba stron: 300

Moja ocena 4/10

Autor recenzji: Wiktoria Sroka





Czy da się odzyskać czas spędzony na statku? Powrót na ląd po trzech latach dryfowania i zwiedzania świata, może wydawać się trudny zwłaszcza jeśli nie ma się zapewnionego jeszcze miejsca zamieszkania, a na dodatek na lądzie istnieją spore szanse na spotkanie swojego wroga. i choć już samo to budzi niepokój w Rachel, wzrasta on gdy okazuje się, iż Ethana, swojego wroga będzie widzieć na co dzień we wspólnie wynajmowanym mieszkaniu. Mimo upływu lat od ostatniego spotkania, ich nienawiść do siebie wcale nie zmalała, o czym świadczy również treść listów, choć może to tylko mylne wrażenie? Czy uda się dogadać Rachel i Ethanowi? Czy miłość do morza okaże się ważniejsza od miłości do drugiego człowieka?



Trzymaj swoich przyjaciół blisko, ale wrogów jeszcze bliżej...



Ostatnio wspominałam, że chciałabym powrócić do dobrze znanych mi autorów i poznać więcej ich twórczości, jednak kobieta zmienną bywa i po raz kolejny sięgam po książkę, autorki, której twórczości nie miałam jeszcze okazji poznać. Książki autorstwa Whitney G. chodziły za mną już od dłuższego czasu, jednak ciężko było mi się do tego zabrać, miała wiele prób gdy jakaś historia trafiła na moją półkę z biblioteki, kończyło się to nie ruszeniem jej i oddaniem, jednak to jej najnowsza premiera zmotywowała mnie, by wreszcie zapoznać, się z tym co pisze i jak pisze autorka. ” Nie pozdrawiam, Ethan” wzbudził wiele zachwytów, przez co miałam dość wysokie oczekiwania względem niej, spodziewałam się czegoś wow. Ostatecznie to wow było jednak pod zupełnie innym względem, gdyż zamiast pozytywnego zachwycenia jest ono raczej negatywne. Całość czytało mi się przyjemnie  i było to dobre, jednak do czasu gdy czytałam ją. W momencie gdy skończyłam ją, cała fabuła czy to jacy byli bohaterowie przeszło w zapomnienie. 



Po raz pierwszy od dawna mam ogromny problem, by przybliżyć wam bohaterów. Nie tylko przez wyżej wspomniany fakt, lecz przez to, iż w moim odczuciu byli oni nijacy, ciężko było ich jakkolwiek poznać, a tym bardziej polubić. Rachel sprawia wrażenie zupełnie wyobcowanej, lecz w negatywnym sensie. Po powrocie na ląd ma problemy w komunikacji z innymi, co sądząc po tym ilu znajomych, czy “Przyjaciół” miała na statku, jest dość dziwne. Dodatkowo sprawia wrażenie strasznie roztrzepanej i niezdecydowanie. W wielu sytuacjach idealnie obrazuje przykład dla frazeologizmu “zjeść ciastko i mieć ciastko”. Co do Ethana jest on zbyt wyidealizowany. Nie ma żadnych wad, jego charakter jest bez zarzutu, wszystkie jego decyzje są zrozumiałe, nie popełnia błędów, no ogólnie ideał. Jego jedyną porażką życiową okazuje się zrezygnowanie z kobiety, która kocha. Nic więcej.



Jeśli chodzi o inne aspekty książki, czymś, co uratowało ją w moim odczuciu to motyw pisania do siebie listów. Nie ważne jak zła książka, jeśli tylko pojawiają się listy, zawsze zyskuje ona w moich oczach. Tak też było  i w tym przypadku. Wątek hate to love między bohaterami nie urzekł mnie,  było on zbyt nijaki i ta zmiana nastawienia do siebie przez bohaterów, mam wrażenie, że nastąpiła zbyt szybko.



Podsumowując, uważam “Nie pozdrawiam, Ethan” autorstwa Whitney G. za książkę napisaną poprawie, lecz nie trafiającą w moje obecne gusta czytelnicze. W moich oczach jest ona po prostu nijaka i jak szybko ją przeczytałam, tak szybko ją zapomniałam. Na pewno nie jest moje pierwsze i ostatnie spotkanie z autorką, gdyż z chęcią poznam inne jej książki. 



"Nie pozdrawiam, Ethan" z popularnej księgarni internetowej TaniaKsiążka.pl Sprawdźcie też inne bestsellery w księgarni…

czwartek, 18 sierpnia 2022

"Nieznajoma z Sekwany" – Guillaume Musso

22:07:00 0 Comments

 Strata bliskiej osoby to niewyobrażalny ból, na który nie da się przygotować. Problem w tym, że nieważne jak bardzo chcielibyśmy tego uniknąć – ten moment kiedyś nadejdzie. Jednak ból po stracie z czasem się zmniejsza. Zaczynamy akceptować nową rzeczywistość i jakoś odnajdywać się bez obecności tej osoby. Wspomnienia z nią robią się piękne i nie są przepełnione smutkiem – tylko wdzięcznością. Ale co jeśli ta osoba tak naprawdę nie umarła? Jak można być jednocześnie martwym i żywym? Problem ten rozwiązuje Guillaume Musso w swoim najnowszym oraz emocjonującym thrillerze "Nieznajoma z Sekwany".





Nr recenzji: 674
Tytuł: "Nieznajoma z Sekwany"
Autor: Guillaume Musso
Data polskiego wydania: 10 sierpnia, 2022
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384 
Autor recenzji: Julianna Kucner
W moim odczuciu: 4/10







W Paryżu zostaje wyłowiona z Sekwany młoda kobieta. Żyje, ale wygląda na całkowicie zagubioną. Psychiatra, który dostrzega u niej objawy zaburzeń psychicznych, obawia się, że pacjentka może stanowić zagrożenie dla siebie i innych. Zanim policji udaje się dowiedzieć czegokolwiek na jej temat, kobieta znika. 
Kapitan Roxane Montchrestien, zaintrygowana podobieństwem tego przypadku do autentycznej głośnej historii z końca XIX wieku, rozpoczyna śledztwo na własną rękę. Dzięki analizie DNA ustala, że wydobyta z wody kobieta to światowej sławy pianistka, Milena Bergman. Tylko że ta ponad rok temu zginęła w katastrofie lotniczej.. Kim tak naprawdę jest nieznajoma z Sekwany i dlaczego Roxane wydaje się, że jej były narzeczony coś ukrywa? 

Cóż, czasami bywa i tak, że potrzebna jest duża dawka adrenaliny. Albo, chociaż jakaś zagmatwana fabuła, która aż sama prosi się o rozwiązanie!
Gdy przeczytałam opis z tyłu książki, nie mogłam nie ulec wrażeniu, że będzie to świetna, przepełniona mrocznym klimatem powieść, która zaskarbi sobie szczególne miejsce w moim sercu ze względu na przejrzysty styl wydania. No bo przecież który prawdziwy czytelnik nie pokusiłby się na dużą i ładnie rozmieszczoną czcionkę? Cóż, wychodzi na to, że zdecydowanie muszę się tego oduczyć..
Zamysł na fabułę był świetny. Bohaterowie również zostali wykreowani cudownie Ich tętniące życiem historie, odmienne światopoglądy i przekonania.. Jak dobrze, że nie zlewali się w jedno. Brakowało mi jednak takiego punktu spajającego te wszystkie elementy. A jest nim mroczne, psychologiczne tło, wywołujące ciarki na ciele.
Nie mam pojęcia dlaczego, ale książka nie wywołała u mnie żadnej dawki emocji. Ubolewałam nad brakiem opisów (tak, nad brakiem OPISÓW), które, choć troszeczkę pobudziłyby moją wyobraźnię. Akcja mozolnie ciągnie się przez pierwsze dwieście stron, by na ostatnich dziesięciu osiągnąć swój punkt kulminacyjny.. Książka została naprawdę dobrze napisana – autor zrobił naprawdę porządny reasearch i dał nam naprawdę wciągający i interesujący wątek na temat greckiej mitologii oraz sztuki. Motyw teatru oraz kultu Dionizosa został naprawdę dobrze i rzetelnie przedstawiony. Urzekły mnie specjalnie zaprojektowane strony z Wikipedii na temat zaginionej pianistki i również raporty policyjne, które dawały nam namiastkę śledztwa z prawdziwego zdarzenia.. Jednak to nie wystarczyło by mnie w pełni usatysfakcjonować. Brakowało mi takiego emocjonalnego roller coastera. Wielkiego plot twistu. Przez pisanie w różnych perspektywach i wyjaśnienie poszczególnych wątków, autor sprawił, że rozwiązanie nie było zagadką – tylko czymś oczywistym.

Podsumowując, prawdopodobnie nie polubimy się z twórczością Musso, choć jest to naprawdę doświadczony i bestsellerowy pisarz. Cóż, każdy woli coś innego. Być może wam powieść przypadnie do gustu i ujrzycie w niej coś, czego ja dostrzec nie mogłam. Cieszę się, że jednak spróbowałam czegoś nowego, ponieważ nie ukrywam, było kilka momentów, których naprawdę dobrze się bawiłam :)

Wydawnictwu Albatros dziękuję za egzemplarz recenzencki, autorowi życzę dalszych sukcesów, natomiast czytelników tak jak zawsze, proszę o krótki komentarz poniżej <3

sobota, 30 lipca 2022

"Porwana. Niebezpieczna znajomość" – Sylvia Bloch

09:36:00 0 Comments
Zdarza się, że miłość nie idzie w parze ze zdrowym rozsądkiem. Niekiedy bywa tak, że racjonalne myślenie wyłącza nam się całkowicie – przestajemy być czujni, idealizujemy daną osobę oraz zatracamy się we własnym wyobrażeniu o przyszłości z nią. Cóż, niby zawsze jest jakiś haczyk. Sylvia Bloch, autorka powieści pt. "Porwana. Niebezpieczna znajomość" pokazuje, że niczego nie można być pewnym, ponieważ "czasem ci, na których zależy nam najbardziej, stają się naszymi oprawcami...".




Nr recenzji: 662
Tytuł: "Porwana. Niebezpieczna znajomość"
Autor: Sylvia Bloch
Data polskiego wydania: 25 maja, 2022
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 284
Autor recenzji: Julianna Kucner
W moim odczuciu: 4/10






Czasem miłość rodzi jedynie ból. Wkrótce przekona się o tym 24-letnia Ana, córka wpływowego biznesmena. Podczas wieczoru w klubie nocnym dziewczyna poznaje przystojniaka, dla którego zupełnie traci głowę. I nawet czujne oko towarzyszącego jej ochroniarza nie jest w stanie uchronić jej od zbliżającej się katastrofy...
Dzień później Ana trafia w ręce lokalnej mafii. Więziona w domu na obrzeżach Nowego Jorku, staje się kartą przetargową w brudnych interesach, jakie jej ojciec prowadzi z gangsterami. Gdy dziewczyna dowie się, że jednym z nich jest ten, którego zaledwie kilka dni temu obdarzyła namiętnym pocałunkiem, jej świat wywróci się do góry nogami. A to zaledwie początek tajemnic, jakie przyjdzie jej odkryć...

Nie da się ukryć, że fabuła na pierwszy rzut oka brzmi znajomo. Na drugi w sumie też. I trzeci. Od pierwszej do ostatniej strony książka przypomina powielane schematy z plot twistami, których nie można już nawet tak nazwać, ponieważ każdy wie, co się stanie. Mimo to przyjemnie jest na chwilę oderwać się od codziennego życia i poświęcić czas nad refleksją o logice głównych bohaterów.
Cóż, logika została pogrzebana żywcem gdzieś na 42 stronie (więc teoretycznie nie jest jeszcze aż tak źle). Rozumiem, że autorka prawdopodobnie chciała nam przybliżyć działanie syndromu sztokholmskiego, ale fakt, że główna bohaterka nie może przeżyć, że facet, który postawił jej drinka, okazał się jej porywaczem i tylko o tym myśli, gdy jest zamknięta w obskurnej piwnicy, bez jedzenia i wody jest lekko.. niepokojący. Chociaż co ja wiem, może to naturalna reakcja na stres w organizmie.

Szczerze powiedziawszy, spodziewałam się czegoś gorszego. Autorka przystępnie i lekko pisze, nie skupia się na szczegółach i jest konkretna (pomijając dokładny opis pomieszczeń, gdy bohaterka ucieka). Choć bohaterowie inteligencją nie powalają i są odrobinę infantylni, przynajmniej się od siebie różnią. Ana prawdopodobnie przez całą powieść stara się czytelnikowi zrobić na złość swoim lekkomyślnym i urojonym zachowaniem, aczkolwiek mam nadzieję, iż to celowy zabieg autorki, by pokazać, co porwanie może zrobić z ludzką psychiką. Jest dużo akcji, która nie powala z nóg, ale przynajmniej coś się dzieje.
Ogromne nadzieje pokładam w drugiej części, która już leży przygotowana na mojej półce. Pierwszy tom skończył się w miarę burzliwie i choć jestem sceptycznie nastawiona, muszę wiedzieć, jak to się skończy.
Trzeba przyznać, że Ana, jak na straumatyzowaną i porwaną kobietę trzyma się całkiem nieźle. Brakowało mi więcej emocjonalnych rozterek oraz wewnętrznych monologów. Wtedy fabuła byłaby o wiele bardziej realistyczna.

Reasumując, pomysł interesujący, wykonanie trochę mniej. Książka jednak może odwrócić waszą uwagę od codziennych problemów, ponieważ szczególnie powala absurdem. No i ciekawością. Nie da się ukryć, że pomimo ilości minusów, "Niebezpieczna znajomość” ma w sobie coś, co sprawia, że chce się czytać dalej.

czwartek, 10 marca 2022

"I want you" – Z. K. Marey

19:54:00 0 Comments

Jestem pewna, że każda kobieta w swoim życiu zapragnęła choć raz, historii miłosnej wyjętej piekła rodem z amerykańskich filmów, gdzie główną rolę odgrywałby "niegrzeczny chłopiec". Mimo że brzmi to dość prześmiewczo, prawdopodobnie mam rację. No bo przecież, która z nas nie marzyła o pikantnym romansie z dojrzałym emocjonalnie facetem, który w dodatku wie, czego chce? Spontaniczne randki, życie ponad stan i adrenalina.. W dodatku ten bijący od niego chłód dla wszystkich z wyjątkiem ciebie. Cóż, główna bohaterka książki pt. "I want you", autorstwa Z. K. Marey miała okazję przeżyć to wszystko na własnej skórze.



Nr recenzji: 562
Tytuł: "I want you"
Autor: Z. K. Marey
Data polskiego wydania: 17 luty, 2022
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 318
Autor recenzji: Julianna Kucner
W moim odczuciu: 4/10





Lana LeBlanc ma wrażenie, że jej życie stanęło w miejscu. Praca bez perspektyw, natarczywe pytania rodziców o potencjalnego narzeczonego i gorzkie wspomnienia nieudanych związków pogłębiają jej frustrację. Za kilkanaście minut, gdy przekroczy próg nocnego klubu, to wszystko nie będzie już mieć znaczenia. Lana właśnie przegrała zakład ze swoją zwariowaną przyjaciółką i musi poderwać nieznajomego mężczyznę, a potem spędzić z nim tylko jedną noc. Dla nieśmiałej i unikającej ryzyka dziewczyny to nie lada wyzwanie. Ale jej prawdziwe problemy zaczną się, kiedy okaże się, że ten, którego wybrała, zapragnie mieć ją dla siebie na dłużej..


Szczerze powiedziawszy, po przeczytaniu powyższej pozycji, muszę stwierdzić, że opis z tyłu książki brzmi o wiele bardziej przekonująco niż sama zawartość. Zagłębiając się w powieść, miałam wrażenie, jakby autorka zupełnie pominęła aspekt uczuć. Brakowało mi opisów emocji, przemyśleń głównej bohaterki, a przede wszystkim charakterystycznej otoczki, która urealistyczniłaby poczynienia wykreowanych postaci. Przykro mi to mówić, ale całość była dość.. pusta. Autorka niby pokazała działanie manipulacji i manii kontrolowania, ale jak dla mnie temat został porzucony bez wyciągnięcia żadnych wniosków. A szkoda, bo naprawdę podwyższyłoby to moją ocenę.
Sam zamysł był naprawdę dobry, lecz fabuła nie wywarła na mnie specjalnego wrażenia. Była dość prostolijna i przeciętna. W dodatku mamy tu powielany schemat chłodnego, dzianego i dominującego faceta, który w dodatku został straumatyzowany przez swoją byłą. Ponadto główna bohaterka to naiwna szara myszka. Mimo że przez powieść idzie się gładko, a sama historia jest dość przyjemna, tak z każdą kartką zaczynał mnie irytować fakt, że autorka nie rzuciła mi większego wyzwania. Lektura naprawdę pozytywna, lecz niestety niczym się nie wyróżnia.

Trzeba jednak przyznać, że sami bohaterowie zostali dość ciekawie przedstawieni. Najbardziej przypadły mi do gustu te rozrywkowe i kłótliwe charaktery, które wnosiły do akcji trochę dramatu. Mimo że Lana i Micheal to wybuchowa mieszanka i prolog zaczyna się naprawdę zachęcająco, tak mam wrażenie, że autorka odpuściła sobie w połowie książki tę chemię między nimi. Poza tym, momentami robiło się dość infantylnie. Lana głównie zachowywała się jak rozkapryszone dziecko i wyolbrzymiała nieco sytuację. Autorka zdecydowanie mogła bardziej się postarać i dojrzalej podejść do tematu.

Podsumowując, trochę się zawiodłam. Spodziewałam się czegoś bardziej emocjonującego i przede wszystkim sensownego. Okazało się jednak, że przeczytałam kolejne tandetne romansidło.. Tak czy inaczej, fanom obyczajówek i nieskomplikowanej tematyki powyższy tytuł powinien przypaść do gustu. Czuję jednak, że powieść nie zapadnie mi w pamięci..

Wydawnictwu Novae Res dziękuję za egzemplarz recenzencki, autorce życzę dalszych sukcesów, natomiast czytelników, tak jak zawsze proszę o krótki komentarz poniżej :)

sobota, 25 grudnia 2021

"Mów mi Win" – Harlan Coben

15:38:00 0 Comments
Znacie to uczucie, kiedy okazuje się, że wasz ulubiony autor wydaje nową książkę i to z ekscentrycznym, pobocznym bohaterem w roli głównej? Chyba nie może być nic lepszego! Sprawy jednak nieco się komplikują, gdy po przeczytaniu powieści zdajecie sobie sprawę, że czasami jest lepiej, jak postać poboczna zostaje postacią poboczną. A doskonale utwierdził nas w tym przekonaniu Harlan Coben w swoim najnowszym thrillerze pt. "Mów mi Win".

Nr recenzji: 511
Tytuł: "Mów mi Win" 
Autor: Harlan Coben
Tłumacz: Magdalena Słysz
Data polskiego wydania: 10 listopada, 2021
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 414
Autor recenzji: Julianna Kucner
W moim odczuciu: 4/10


Tym razem w roli głównej Win, czyli Windsor Horne Lockwood III! Dobrze nam znany milioner i awanturnik, najlepszy kumpel Myrona Bolitara. Król życia, który zawsze dostaje to, czego chce.
Przed dwudziestoma laty dziedziczka fortuny Lockwoodów, Patricia, została uprowadzona podczas napadu na rodzinną posiadłość. Przez wiele miesięcy przetrzymywano ją w chacie na pustkowiu. Patricii udało się uciec, lecz jej oprawców nie schwytano, nie odzyskano również rodzinnych pamiątek, które zostały skradzione podczas porwania.
W Upper West Side, w apartamencie na ostatnim piętrze znaleziono ciało mężczyzny. Oprócz zwłok uwagę policji przykuwają dwa przedmioty: skradzione płótno Vermeera i skórzana walizka.
Windsor Horne Lockwood III lub Win – jak nazywają go przyjaciele – nie wie, jak skradzione dawno temu jego walizka i obraz trafiły w ręce ofiary zagadkowej zbrodni. Gdy FBI ujawnia, że martwy mężczyzna stał również za aktami terroryzmu, Win musi odkryć, co łączy te tak różne sprawy sprzed lat. Na szczęście ma do dyspozycji trzy rzeczy, których brakuje FBI: osobisty związek z co najmniej jedną ze spraw, nieograniczone środki finansowe i możliwość wymierzenia sprawiedliwości według własnych zasad.

Ogólnie rzeczy biorąc, nie miałam dużej styczności z dziełami Cobena, lecz po przeczytaniu mnóstwa pozytywnych opinii w Internecie o jego dziełach, nie trudno domyślić się, że jest jednym ze sławnych i wysoko ocenianych autorów kryminałów.

Przyznam bez bicia, że czytając Wina, jakoś tego nie czułam.

Nie mam wątpliwości co do tego, że główny bohater został wykreowany świetnie. Oryginalny, intrygujący i z krwi i kości, podobnie jak reszta, od razu sprawia, iż przez powieść chce się brnąć dalej.
Przytłaczała mnie jednak seria nieprawdopodobnych zdarzeń i brak realizmu. Coben jakby wyssał całą historię z palca, nie przekonując tym samym czytelnika o dynamicznej akcji, jaką stworzył. Sama książka, cóż. Pomińmy fakt, że znacznie odbiega od rzeczywistości i jakiejkolwiek logiki. Z nawału informacji, które otrzymujemy na starcie, też nie jestem zadowolona. Dużo postaci, dużo informacji i zagmatwany splot wydarzeń to coś, co chyba irytuje każdego czytelnika.

Wartości, które przekazuje Coben, skłaniają jednak do refleksji, dlatego nieco szkoda mi oceniać historię spod jego pióra tak nisko. Autor pokazuje nam, że za pieniądze da się teoretycznie załatwić wszystko, łącznie z perswazją wywartą na innych. Ludzie wobec pieniędzy są bezsilni, bo to bogacze są bezkarni. Tak czy siak, jak wspomniałam wcześniej, całość do mnie nie trafiła. Co prawda, były ciekawe momenty, pełne adrenaliny, które zmuszały mnie do użycia swoich szarych komórek, lecz to nie wystarczył, bym uznała tę książkę za ponadprzeciętną w swoim mniemaniu. Nie da się zaprzeczyć, że powyższa pozycja przyciąga uwagę czytelnika przez kontrowersyjnego bohatera, szybkie tempo i nieoczywiste wydarzenia. Niestety przez większość czasu powiewało jednak nudą.

Reasumując, książka dość ciężka w odbiorze. Na pewno nie jest to lekka lektura, przy której można odpocząć, tylko wręcz przeciwnie – trzeba się nieźle nagłowić. Mam nadzieję jednak, iż z innymi pozycjami tego niekonwencjonalnego autora pójdzie znacznie łatwiej i moja historia z zachwalanym przez fanów Cobanem się nie skończy.

Wydawnictwu Albatros dziękuję za egzemplarz, autorowi życzę dalszych sukcesów, a czytelników tak jak zawsze, proszę o krótki komentarz poniżej :)

Zapraszamy również na naszego bookstagrama – @tzczytelnika <3

środa, 14 lipca 2021

"Głos w mojej głowie" – Katarzyna Jadwiga Bezenson

08:30:00 0 Comments
"Czy przeważy w końcu pragnienie uwolnienia się od tego okrutnego świata, czy może ta niewiarygodna siła nadziei i szczęścia da ci tyle mocy, aby działać, zgarniać dla siebie wszechobecne dobro i radość? Czy podejmiesz dzisiaj razem ze mną walkę, której zakończenie przyniesie odpowiedź na to pytanie? Ja pragnę wreszcie dowiedzieć się, czy warto żyć. Te skrajne emocje już mnie wykańczają, są dla mojego umysłu jak naziści. Tak wiele jest na jednej szali obłędu, tak wiele po drugiej stronie piękna... Nie wiem, co mam robić. Pomóż mi uporać się z tym wszystkim, na pewno znajdziesz odpowiedzi także dla siebie. Gwarantuję ci, że albo razem skoczymy w przepaść, albo staniemy na piedestale."

Nr recenzji: 436
Tytuł: "Głos w mojej głowie"
Autor: Katarzyna Jadwiga Bezenson
Data polskiego wydania: 31 lipca, 2021
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 478
Autor recenzji: Julianna Kucner
W moim odczuciu: 4/10


Jadzia, młoda bohaterka książki pt. "Głos w mojej głowie" dowiedziała się już, jak to jest wpaść w sidła braku samoakceptacji i poczucia wartości siebie. Wierzy, że przez niejedzenie, diety cud i głodówki uda się jej zapanować nad własnym ciałem, a jej poharatana dusza odnajdzie wreszcie spokój. Życie jednak nie jest takie proste i wkrótce okazuje się, że nawet pusty żołądek nie jest w stanie zdefiniować poziomu jej szczęścia, a nawet liczba zjedzonych wafli ryżowych czy jabłek. Cyfry na wadze to fatamorgana, która nie przynosi ulgi, a znikające numerki w obwodach nie dorównują wyobrażeniom perfekcyjnej sylwetki. Dziewczyna zaczyna rozumieć, że jest w stanie przejść przez to tylko w jeden sposób. Jedynym rozwiązaniem jest zmierzenie się z własnymi słabościami, ale do tego potrzeba nie lada odwagi. Czy bohaterce wystarczy jej na tyle, by w porę zawrócić znad przepaści? A może zostanie tam na zawsze?

Niektóre książki bardzo ciężko zrecenzować i muszę przyznać, że owa pozycja jest jedną z nich. Autorka trafia w samo sedno naszych dusz, a martwe linijki tekstu są wręcz atakiem z jej strony. Cała powieść w formie luźnego pamiętnika bez rozdziałów czy dat opiera się na zaburzeniach odżywiania, na kompulsywnych napadach czy restrykcyjnych głodówkach, na wzlotach i upadkach oraz towarzyszącym im napadom manii i euforii. Wszystko kręci się według nadmiernego dla bohaterki tłuszczu i nienawiści do własnej osoby, a pośród tych męczących epizodów, jest w stanie rzucać w samą siebie dość wulgarnymi przezwiskami.

Zdecydowanie na plus samo wykreowanie tak dobrej bohaterki. Autorka zadbała o to, by pośród głównego wątku związanego z jedzeniem, pojawiały się też inne, na przykład uzależnienie od alkoholu, papierosów czy tak zwanych "związków na jedną noc". Dzięki temu Jadzia stała się bardziej żywa, a jej problemy nie pojawiły się i nie zniknęły za dotknięciem zaczarowanej różdżki. Wplątanie delikatnego romansu i towarzyszącego mu cierpienia, również było dobrym pomysłem. Można było zauważyć, jak wszystko oddziałuje na bohaterkę i wyciągnąć wnioski z jej własnych doświadczeń.
Dobrze też, iż autorka nie przedstawiła wszystkiego tak optymistycznie, tylko pokazała prawdziwe realia osoby wychowanej w toksycznym środowisku i działanie tych toksyn w różnych aspektach jej dorosłego życia.

Sama powieść chwyta ze serce. Trudno było przejść przez te wszystkie strony i jednocześnie uświadomić sobie, do czego ludzie są w stanie doprowadzić innych. Nie żałuję jednak sięgnięcia po tę książkę, polecam wręcz natychmiast ją przeczytać, by wyczulić się na takie zachowania u innych i ewentualnie spróbować im pomóc w trudnych chwilach. Kto wie, może to właśnie ty drogi czytelniku, zdołasz kogoś uratować znad przepaści. 

Jedynym minusem była ta długa monotonia. Jestem świadoma, jak bardzo zaburzenia odżywiania są skomplikowanym zjawiskiem i jak bardzo oddziałują na ludzką psychikę i na samego człowieka, nie dając mu żyć. Czytając jednak każdą kolejną stronę zetknęłam, się z uporczywą rutyną. Przez ponad czterysta stron autorka działała według określonej kolejności: mobilizacja do działania, działanie, poddanie się, wyrzuty sumienia, mieszanie siebie z błotem i tak w kółko. W dodatku zakończenie bardzo mnie zawiodło. Czuję, że dostałam więcej pytań niż odpowiedzi, a historia naszej kochanej Jadzi stanęła w martwym punkcie, nawet nie wiadomo czy się skończyła. W powieści nie było dosłownie żadnego punktu kulminacyjnego ani puenty. 

Mimo dość niskiej oceny moim zdaniem oceny, szczerze polecam tę pozycję. Na pewno wyciągnięcie z niej dużo wartości, zrozumiecie osobę, która na własne życzenie dąży do samozniszczenia, a nawet będziecie w stanie zapewnić jej odpowiednią pomoc. Sam styl pisania autorki i forma, w jakiej ukazała się tytułowa powieść, mnie nie przekonała. Podsumowując, nie żałuję i sama też dużo się nauczyłam. Warto zatem spróbować.

Kochanemu wydawnictwu bardzo dziękuję za egzemplarz recenzencki, czytelników proszę, tak jak zawsze o skomentowanie powyższej zawartości, a autorce życzę dalszych sukcesów na drodze swojej przebojowej kariery.


piątek, 26 marca 2021

"Marionetkarz" Aleksander Filip Dubicki

10:00:00 0 Comments

 Czasami inni nie zdają sobie sprawy z tego co tak naprawdę mamy w środku. Otaczamy się fałszywymi ludźmi, wymówkami i uśmiechami. Tylko my znamy swoją historię z prawidłowej perspektywy. Inni nigdy nie zrozumieją. Tak naprawdę jesteśmy tylko marionetkami w rękach losu.
Większość młodych ludzi jest jak bomby atomowe. Nafaszerowani wybuchowymi substancjami, dławią się nimi i eksplodują, niszcząc siebie samych i tych wokół. Temat młodości, przyjaźni i indywidualnej, zaburzonej perspektywy postrzegania świata, prawdopodobnie porusza w swojej powieści Aleksander Filip Dubicki. A dlaczego prawdopodobnie? Tego dowiecie się za chwilkę.


Nr. recenzji: 410
Tytuł: "Marionetkarz"
Autor: Aleksander Filip Dubicki
Data polskiego wydania: 12 marca, 2021
Wydawnictwo: Novae Res
W moim odczuciu: 4/10








Wernon, Arna, Tyron, Maeve i Pela to główni bohaterowie, którzy są przyjaciółmi. Los ich połączył w chwili, gdy kolega z ich klasy zostaje porażony piorunem w czasie burzy i umiera. Sprawy komplikuje Marionetkarz - manipulator o kalejdoskopowych oczach, który uprzykrza im życia w każdy możliwy sposób. Kim on tak właściwie jest? Jaki ma związek z paczką przyjaciół? Co tak naprawdę kryje się pod słowem "burza"?

Tego możemy się jedynie domyślać.

Jeśli chodzi o treść książki, muszę przyznać, że bardzo się zawiodłam. O ile początek akcji zapowiadał się dobrze i próbowałam doszukać się jakiegokolwiek wątku, po chwili dowiedziałam się, że zamiast tego dostałam filozoficzną powieść z ukrytymi i merytorycznymi sensami, którą nijak można porównać do opisu z tyłu. I tu już nawet nie chodzi o ilość stron (sto), bo prawdę mówiąc, trochę się zdziwiłam, gdy wzięłam tę powieść do ręki, ale o ten głęboki, ukryty sens, który w tym przypadku jest po prostu męczący. Nie jestem fanką przesadnie filozoficznych treści, a książka na pewno nie jest łatwa ani lekka.
Teoretycznie, wydaje mi się, że domyśliłam się pewnych spraw, aczkolwiek nie podoba mi się to, iż otrzymałam większość pytań bez odpowiedzi. Albo nie. Same pytania.

Nie wiem jakim cudem powieść została zaliczona do thrilleru, ale w sumie jakbym miała się zastanowić gdzie by ją dać, musiałabym stworzyć zupełnie nowy gatunek o nazwie nierozumiałe-filozoficzne-coś.

Książkę ratują piękne cytaty i opisy, z którymi się spotkałam. Niektóre połączenia są wprost niekonwencjonalne, głębokie i zapierające dech w piersiach. Podobało mi się to i jak najbardziej zasługuje na plus. Widać, że autor ma talent.

Bohaterowie byli dla mnie trochę niewyraźni. Może to wina tego, że tak mało się o nich dowiadujemy. Z tego, czego się dowiedziałam, każdy z nich na swój sposób postrzega życie, wyraża inną wolę walki przed Marionetkarzem. Prawdę mówiąc, nie rozumiałam ich. Wydawało mi się tylko, że mają jakieś zaburzenia osobowości, a cały Marionetkarz jest jakąś metaforą bolesnego istnienia. Oprócz tego, nie mogłam pojąć dlaczego postacie raz mówią pięknym i rozbudowanym językiem, a potem przeklinają co drugie słowo.

W dodatku, wydarzenia po sobie następują dość chaotycznie. Wystarczy chwila nieuwagi, a zaczynasz się gubić w tej niezrozumiałej do końca treści. Moim zdaniem autor stworzył coś zrozumiałego tylko dla siebie, licząc na to, że reszta domyśli się o co mu chodzi.

Narracja dodaje tylko oliwy do ognia. Przez większość stron nie dało się wywnioskować kto co mówi, ani o co tak naprawdę chodzi. Pięćdziesiąt jeden procent tekstu to opisy lub przemyślenia, w postaci wtrąceń głównych bohaterów. Kiedy mamy do czynienia z jedną, góra dwoma postaciami nie jest tak źle, ale sprawa zaczyna się komplikować, gdy jest ich więcej.

Podsumowując, książka chyba została napisana dla ludzi o mocnych nerwach. Nie jest to lektura przy której można się zrelaksować. Powiedziałabym bardziej, iż jest ona dla tych, którzy chcą coś z niej wyciągnąć. Pomysł na powieść był wspaniały i tu właśnie pochwalam autora, aczkolwiek uważam, że po prostu wykonanie nie przypadło mi do gustu. Polecam fanom zagadek i doszukiwania się we wszystkim drugiego dna. Ja tymczasem pacyfistycznie odłożę książkę na półkę i jak najszybciej o niej zapomnę.

Wydawnictwu bardzo dziękuję za książkę, a autorowi życzę powodzenia w dalszej twórczości. Czytelników natomiast proszę o wyrażenie swojej opinii w komentarzu poniżej :).

wtorek, 13 sierpnia 2019

"Dwa światy. Przejście skazanych dusz." Paulina Zielińska

12:00:00 0 Comments

Debiut świeżej krwi autorki, który odkrywa przed czytelnikiem
tajemnicę i dualizm świata, który dotąd okazywał się być zwyczajny. 
Młodzieżowe science-fiction idealne na krótkie, letnie wieczory.



Znalezione obrazy dla zapytania paulina zielińska dwa światy


 


 
Nr. recenzji: 298
 Tytuł: ''Dwa światy. Przejście skazanych dusz.''
Autor: Paulina Zielińska
Liczba stron: 464
Data wydania: 05.07.2019
Wydawnictwo: Novae Res
W moim odczuciu: 4/10
Autor recenzji: Klaudia P.






Niedawno do swoich rączek dostałam książkę "Dwa światy. Przejście skazanych dusz" pióra Pauliny Zielińskiej - świeżej krwi w świecie polskiej literatury. Chociaż książka na pozór wydaje się objętościowo dość duża, to z łatwością da się ją pochłonąć w trzy wieczory. Wydawnictwo Novae Res ubrało powieść w piękną i intrygującą okładkę, która od razu przyciągnęła moje zainteresowanie. Widzimy, że została ona podzielona na pół, co idealnie pasuje zarówno do tytułu, jak i całej treści książki. Jednak jest to pozycja, która po raz kolejny utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie powinno się oceniać książki po okładce.


Lea to uczennica jednego z warszawskich liceów. Z własnego wyboru odsunięta od rówieśników, cicha i skryta, pewnego dnia zaczyna zwracać na siebie uwagę jednego z najpopularniejszych chłopaków w szkole. Jakby tego było mało, dziewczyna trafia na ukryty w lesie, opuszczony dom, a w nim spotyka Wiktora - chłopaka innego niż wszyscy. Od tamtej chwili niespotykane zdarzenia zdają się nie opuszczać dziewczyny ani na krok, a wszystko to powoduje, że ona i jej matka znajdują się w niebezpieczeństwie.  Skomplikowane nastoletnie życie zostaje wzbogacone kolejnymi problemami i strachem o własne życie. Co wspólnego ma z tym tajemniczy Wiktor? Czy jej ojciec jest w to wszystko zamieszany? Co robić, jeśli świat, w którym żyjemy zdaje się inny niż przypuszczaliśmy?

Autorka książki zdecydowanie wie jak trafić w serce młodzieży. W książce dostrzec można wiele znanych młodzieżowych wątków - zwłaszcza trójkąt miłosny. Już po około 30 stronach moja lista typowych elementów z powieści dla młodzieży była obfita. Zwłaszcza kreacja bohaterów wydaje się bardzo znajoma, jeśli przeczytało się kilka książek z tej kategorii. Język, który używany jest przez Paulinę Zielińską, sprawia, że czytanie jest bardzo przyjemne. Używa ona dość prostego i przyjemnego w odbiorze stylu - tak często spotykanego w młodzieżówkach. Jest to zdecydowanie plus, zwłaszcza mając na uwadze to, że jest to debiut autorki - z kartki na kartkę da się zauważyć jeszcze większą płynność językową oraz rozwój.


Kreacja bohaterów to zdecydowanie coś, nad czym musi popracować młoda pisarka. Główna postać - Lea - to typowa szara myszka z kart powieści dla młodzieży. Samotnie wychowywana przez matkę, przejawia pewne niecodzienne umiejętności. Z formy typowej bohaterki młodzieżówek, wyróżnia ją duża pewność siebie - to było w niej najbardziej denerwujące. Z jednej strony była zamknięta w sobie i wiele scen ukazywało ją jako dziewczynę, która uważa się za przeciętną. Zaraz potem na kolejnych kartkach czytamy o tym, jak  patrząca w lustro Lea uważa się za niesamowitą piękność, by następnie znowu doświadczyć syndromu szarej myszki. Nie raz natomiast dane nam będzie dostrzeżenie Lei jako niezniszczalnej, najlepszej bogini, przekonanej i pewnej swojej wyższości. Widać tutaj pewną irytującą niekonsekwencję, która w kolejnych książkach powinna zostać naprawiona.  Również Sebastian i Wiktor to przedstawiciele bohaterów o przewidywalnych cechach. Woda i ogień. Niebo i piekło. Tak mniej więcej, w skrócie można opisać te postacie. Jak w większości młodzieżówek, w których pojawia się trójkąt miłosny - ukochani bohaterki są skrajnie różni, a ona nie może się zdecydować, którego z nich wybrać.


Książka jest dość spora objętościowo i miejscami wydaje się zbyt szczegółowa. Większość rozdziałów zaczyna się od tego, że Lea budzi się rano, wstaje z łóżka, idzie do łazienki, a następnie je lub nie je śniadania. Sprawia to, że zaczynanie rozdziałów było dla mnie miejscami katorgą. Również niektóre dialogi spokojnie można byłoby pominąć, jednak wielu debiutantów popełnia te błędy.


Moja niska ocena wiąże się z tym, że książka nie jest po prostu tym, czego szukam na rynku wydawniczym. Zdecydowanym odbiorcą są tutaj nastolatkowie do lat 16 lub ci, którzy nie mają zbyt wielu tytułów na swoim koncie. Dla mnie jako czytelnika, który połknął już tysiące książek, nie było to nic odkrywczego. Powtarzalność wątków i kreacja postaci sprawiła, że w moim odczuciu pomysł na niesamowitą fabułę został odrobinę zmarnowany. Nie można jednak powiedzieć, że jest to tragiczna książka. Spodoba się ona osobom, które dopiero zaczynają swoją podróż z czytaniem oraz dorastającej młodzieży, która być może odnajdzie w niej kawałek siebie. Mam nadzieję, że autorka dopracuje kilka spraw, a dopracowana Lea wróci do nas w kolejnej części interesującego świata young science-fiction. 



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Novae Res!


Autorka recenzji - Klaudia P.

niedziela, 22 lipca 2018

"Jak upolować pisarza" Sally Franson

10:32:00 0 Comments
Nr. recenzji: 193
Tytuł: "Jak upolować pisarza"
Autor: Sally Franson
Tłumacz: Joanna Dziubińska
Liczba stron: 377
Data polskiego wydania: 18 lipca 2018
Wydawnictwo: Znak
W moim odczuciu: 4/10

Dużo się nasłuchałam o "Diabeł ubiera się u Prady", więc stwierdziłam, że to porównanie może dobrze świadczyć o książce, a mało tego, również sam opis naprawdę mnie zachęcił. Stwierdziłam więc bez żadnych większych zawahań, że dobrym pomysłem będzie przeczytanie tej książki. Cóż...

Casey pnie się po szczeblach drabiny kariery w firmie People's Republic. Ma całkiem przyjemną wypłatę, jednak ciągle chciałaby się stać kimś jeszcze ważniejszym w firmie niż sam dyrektor kreatywny. Entuzjastycznie się zgadza, kiedy jej szefowa proponuje jej nowy projekt, w którym miałaby przekonać najsławniejszych pisarzy do wzięcia udziału w nowej kampanii reklamowej. Zaczyna z wielką werwą oraz zacięciem. Pierwszym na liście jest Ben, z którym prawdopodobnie popełnia już kilka błędów na rozmowie (picie alkoholu przed południem, kiedy cały dzień ma się zawalony pracą, szczerze najlepszym pomysłem nie jest), jednak wszystko kończy się dwoma sukcesami. Raz, ma swojego pierwszego autora do projektu, a dwa widzi nawet na umowie dopisek "Zadzwonię". Później dziewczyna odnosi kolejne sukcesy, nie widząc, że pewne rzeczy mogą się na jej pracy później odbić...

Na pierwsze zaskoczenie nie musiałam dużo czekać. Żyłam sobie w spokojnej bańce mydlanej, w której sobie myślałam, że będzie to powieść obyczajowa połączona z romansem. Dlatego właśnie tak ogromne było moje zdziwienie, gdy zaczęłam czytać i zobaczyłam, że generalnie 3/4 każdej strony zajmowały opisy. Opis na opisie, opis poganiał. Spytacie: co w nich było? Wszystko, totalnie wszystko. Od opisów kwalifikacji Casey, przez głupie retrospekcje, do których jeszcze zaraz przejdziemy, aż po rozpisywanie się o sposobach ubioru, wystroju, czy innych bzdetach. Jakby ktoś chciał czytać tę książkę od deski do deski i po prostu sobie nie odpuścił, twierdząc ambitnie, że przecież da sobie radę, to mogę mu na tym miejscu powinszować. Przecież to można kurwicy dostać, kiedy opisy są aż w takim stopniu głupie i totalnie nic nie wnoszące do książki. Po jakimś czasie, kiedy już powinniśmy znać każdy maluteńki szczegół z życia Casey, już troszeczkę zminimalizowano ilość opisywania wszystkiego dookoła, jednak nadal w świat dialogów wkraczaliśmy naprawdę, ale to naprawdę wolniutkim tempem. 

Cóż, nic dziwnego, że ta opowieść finalnie zajęła 377 stron, napisanych naprawdę malutkim drukiem. Chciałam również na niego narzekać, ale wydaje mi się, że ludziom by dało do myślenia, gdyby książka miała na przykład 600 stron, więc maskowanie tej całej opisomanii pewnie przydało się wydawnictwu. Kolejną dziwotą tej książki jest zaskakująca ilość bohaterów. Poznajemy dość sporo pracowników firmy, poznajemy praktycznie cały zarząd, wszystkich znajomych Casey, jakiś 10 autorów... No bądźmy szczerzy, to jest cała masa bohaterów, a jak na obyczajówkę to może nawet fala powodziowa. A opis każdego z nich zajmował co najmniej stronkę. Naprawdę, genialny pomysł miała autorka, najpierw nas potorturuje opisami, a gdy będziemy błagać o litość to dowali nam taką dawkę bohaterów, że się przez tydzień nie dźwigniemy. Dodatkowo, ilość retrospekcji mogłaby pewnie spokojnie przebić rekord Guinessa. Przykład? Proszę bardzo. Dzieje się jakaś taka zwykła akcja. Przygotowywanie obiadu, jakieś tam zwykłe pogadanki o wydaniu książki. Nagle wkracza na jeden malutki akapicik retrospekcja odnośnie jakiegoś psa. Normalnie przecież z połowa czytelników to pominie, ale ten jeden co to przeczyta to dostanie kurwicy.

Podsumowując, nie posiadam zbyt przyjemnych uczuć, jeśli chodzi o tę książkę. Bardzo bym chciała powiedzieć, że mi się podobała i jest cacy, i w ogóle, jednak chyba nie jestem w stanie. Naprawdę, ta książka ma mnóstwo wad. Trochę ją ratuje całkiem przyjemna historia, która jest nam zaprezentowana, ba, nawet zawiera morał, który jest nawet dobrze poprowadzony. Niemniej, pomiędzy te kartki całkiem dobrej historii powtykano tyle jakiś takich dziwnych "wypychaczy" i Bóg wie, czego jeszcze, że po prostu przesadzono. 4/10, więcej nie jestem po prostu w stanie dać. A szkoda.