Pokazywanie postów oznaczonych etykietą insignis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą insignis. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 listopada 2025

"Wyjątkowo trudny przypadek" - Adam Kay

00:00:00 0 Comments

Pierwsze spotkania z twórczością osób autorskich zawsze podszyte są nutką ciekawości, ale i podekscytowania, które stało się jeszcze większe, gdy zagłębiłam się w tematykę wcześniejszych książek autora. I okazało się, że Adam Kay znany jest z autobiograficznych tekstów opisujących pracę lekarza, to sprawiło, że z jeszcze większą chęcią chciałam sprawdzić, jak poradzi sobie w fikcyjnym świecie kryminału połączonego z medycznymi realiami.




Tytuł: Wyjątkowo trudny przypadek

Autor: Adam Kay

Data wydania: 29.10.2025

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 368

Moja ocena: 6/10

Autor recenzji: Wiktoria Sroka




Nieco pogubiony młody lekarz wpada na trop mordercy polującego na szpitalnych oficjeli. Jego prywatne śledztwo może mu jednak zrujnować karierę. Kiedy wyjątkowo nieprzyjemny w obyciu dyrektor szpitala umiera na atak serca, doktor Eitan Rose wyczuwa, że sprawa ma drugie dno. Problem w tym, że nikt nie podziela jego podejrzeń – także ci, którzy powinni byli zwietrzyć ten sam trop, na przykład policyjny detektyw czy lekarz sądowy. Gdy ginie kolejna wysoko postawiona w szpitalnej hierarchii osoba, Eitan postanawia sam dojść do prawdy. Problem w tym, że Eitan dopiero co wrócił do pracy po przerwie spowodowanej problemami ze zdrowiem psychicznym, a jego akta zawierają sporo potencjalnie niepokojących wpisów. Na domiar złego prowadzone przez niego śledztwo wymyka się spod kontroli, a współpracownicy coraz częściej kwestionują jego osąd. Czy po szpitalnych korytarzach rzeczywiście krąży morderca? A może Eitan całkowicie się myli? Ta błyskotliwa i rozbrajająco komiczna powieść kryminalna to mieszanka niepodrabialnego humoru Kaya, sympatycznych postaci i licznych zwrotów akcji. Znajdziesz w niej także SMS-y, protokoły, raporty medyczne oraz inne dowody, które pomogą ci rozwikłać zagadkę tego wyjątkowo trudnego przypadku…


Już pierwsze strony udowodniły, że autor dysponuje znakomitym wyczuciem realiów medycznych i potrafi przenieść czytelnika w autentyczny świat szpitala. Opisy procedur, relacje i codzienne wyzwania, jakie napotyka lekarz były nie tyle, ile ciekawe, a angażujące. Łączenie tego z elementem kryminału, jakim jest śledztwo głównego bohatera, podsycało tylko to uczucie. Główny bohater, Eitan Rose, jest postacią definitywnie niejednoznaczną. Jego wewnętrzne zmagania po powrocie do pracy, niepewność wobec własnych decyzji i jednoczesne pragnienie odkrycia prawdy czynią go interesującym. Jednak poza tym przez swoją gburowatość początkowo wywołuje więcej irytacji, niż innych odczuć. Równie irytujące było momentami jego nieodpowiednie zachowanie i choć zamysłem jest aspekt komediowy, uważam, że powinien on być budowany na innych aspektach, niekoniecznie na bohaterze. Jedną z zalet książki jest styl autora, od samego początku jest on lekki, pełen humoru i subtelnej ironii. Dzięki temu powieść staje się przystępna, a trudne tematy, takie jak problemy psychiczne bohatera czy stres w pracy lekarza, zyskują bardziej przystępną formę. Humor pomaga również rozładować napięcie i nadaje książce charakterystyczny ton, który odróżnia ją od typowego kryminału. Z drugiej strony czasami sprawia on, że powaga niektórych wątków zostaje przyćmiona, a historia nie trzyma do końca równowagi między dramatem a komizmem.

Wątek kryminalny, choć interesujący i wciągający, momentami stawał się zbyt oczywisty. Już po kilku pierwszych rozdziałach można było przewidzieć kierunek, w jakim podąża śledztwo głównego bohatera, a kolejne odkrycia nie zaskakiwały ani nie budowały większego napięcia. To sprawiało, że element zagadki kryminalnej, który miał dodawać powieści dynamiki i emocji, momentami tracił swój potencjał. Podsumowując “Wyjątkowo trudny przypadek” autorstwa Adama Kaya to ciekawa książka. Choć ciężko jest mi odpowiedzieć na pytanie, czy jest to dobra książka, bo wciąż krążę, między “tak”, ”nie” , a czasem nawet między “nie wiem”, ma to z pewnością swoje zalety. Zdecydowanie jest to książka, która z jednej strony bawi, z drugiej zmusza do refleksji nad presją zawodową, odpowiedzialnością i emocjami towarzyszącymi pracy w szpitalu. Dla czytelników zainteresowanych medycznymi realiami, psychiką lekarzy i subtelnym humorem powieść może okazać się wartościową lekturą, choć miłośnicy klasycznych, pełnych napięcia kryminałów mogą odczuć niedosyt.

czwartek, 20 listopada 2025

"Usłysz. Jak słuchają kobiety" - Alice Vincent

00:00:00 0 Comments

Ile razy zdarzyło nam się mówić na ważne tematy, tylko po to, by po chwili dostrzec, że osoba naprzeciwko kiwa głową, choć jej wzrok ucieka gdzieś w bok? Ile razy sami łapaliśmy się na tym, że czyjeś słowa nie docierały do nas w pełni, bo myśli dawno odpłynęły w zupełnie innym kierunku? Ile razy faktycznie byliśmy słuchani, ale i ile razy my sami poświęciliśmy sto procent swojej uwagi, by kogoś wysłuchać? Coś tak prostego i znanego nam od zawsze, a jednak bardziej skomplikowane niż coś, co dopiero poznaliśmy. Słuchanie to prawdziwe, pełne uwagi i zaangażowania rzadko kiedy przychodzi naturalnie, często wymaga wysiłku i świadomego wyboru, by być tu i teraz i nie dać się pochłonąć chaosowi wokół nas.




Tytuł: Usłysz. Jak słuchają kobiety


Autor: Alice Vincent


Data wydania: 15.10.2025


Wydawnictwo: Insignis


Liczba stron: 352


Moja ocena: 7/10


Autor recenzji: Wiktoria Sroka





Mówi się, że kobiety są dobrymi słuchaczkami. Rzadko jednak zastanawiamy się, czego tak naprawdę słuchają, jak brzmią ich własne światy i jak to jest, gdy wszyscy oczekują od nich, że będą słyszeć – i słuchać – w hałaśliwej codzienności. Podobnie jak wiele z nas, Alice Vincent zmagała się z przebodźcowaniem – doświadczała go w niemal każdym momencie życia. I wtedy usłyszała bicie serca swojego dziecka. Szybki i pulsujący dźwięk na tle białego szumu. Wyraźny, bezsprzeczny rytm. Później życie Alice znowu wypełniła kakofonia – zarówno z powodu noworodka, jak i presji społecznej związanej z macierzyństwem. Wyruszyła więc w kolejną osobistą podróż, by na nowo odkryć dźwięk: jako coś żywego, niezbędnego i regenerującego. I nie chodzi tu wyłącznie o muzykę. Dzięki rozmowom z wieloma kobietami – matkami, artystkami, naukowczyniami, ale też lingwistkami pracującymi w wywiadzie – Alice poznała nowe aspekty słuchania. Od płaczu fantomowego, przez kąpiele w dźwiękach, po śpiew słowika i odgłosy zorzy polarnej – ta książka to zachwycająca wędrówka przez akustyczny pejzaż. W naszych czasach umiejętność koncentracji maleje, a poczucie odłączenia rośnie. Czy dźwięk może nie tylko ponownie połączyć nas z utraconymi częściami nas samych, ale i pomóc nam zacząć bardziej świadomie żyć? USŁYSZ to książka dla kobiet, które czują się niesłyszane, i tych, które szukają sposobu na głębsze wsłuchanie się w nasz zbyt głośny świat – i w siebie.



Umiejętność słuchania jest jedną z tych, które uznajemy za oczywiste, dopóki nie odkryjemy, jak bardzo może zmienić nasze relacje, sposób postrzegania świata, a nawet samych siebie. Książka „Usłysz. Jak słuchają kobiety” zwróciła moją uwagę właśnie dlatego, że dotyka tematu na pozór prostego i znanego nam wszystkim, a jednocześnie niezwykle zaniedbanego. W świecie pełnym hałasu bycia słuchaną oraz słuchanie innych nabiera szczególnego znaczenia.


Dawno żadna przeze mnie czytana książka tak szybko nie zaczęła wpływać na emocje, jakie odczuwam, w trakcie zapoznawania się z treścią jak ta. Ogarniający mnie spokój sprawił, że łaknęłam więcej treści, chciałam poznać historię autorki, zwłaszcza gdy zaczęła otwierać się, opowiadając o własnych przeżyciach, podejmując próbę zrozumienia codziennych dźwięków. Opisuje zarówno te ciche, niemal niezauważalne, które umykają naszej uwadze, jak i te intensywne, czasem przytłaczające, które wprowadzają chaos i zmuszają do chwili zwolnienia i zatrzymania się. Wchodząc w świat autorki, zaczynamy dostrzegać detale, których codziennie nie zauważamy: subtelne zmiany w tonie rozmowy, rytm oddechu, szum wiatru za oknem czy ciszę przed burzą. Dzięki temu książka nie tylko opowiada o słuchaniu, ale staje się przewodnikiem po emocjonalnym krajobrazie, w którym każdy dźwięk i każda pauza mają znaczenie.


Na pewno jest to oryginalna książka, jednak mam wrażenie, że w niektórych momentach było w niej za dużo autorki. Brakującym elementem są punkty widzenia osób o różnych perspektywach, bo choć takowe się pojawiają, mam wrażenie, są w dużej mierze podporządkowane narracji i spostrzeżeniom autorki. Ciekawie byłoby zobaczyć więcej niezależnych punktów widzenia, różne sytuacje życiowe, odmienne doświadczenia kulturowe czy spojrzenia kobiet w różnym wieku. Dzięki temu książka mogłaby stać się pełniejszym obrazem kobiecego doświadczenia słuchania.


Podsumowując “Usłysz. Jak słuchają kobiety” autorstwa Alice Vincent to książka, która skupia się na temacie, który wydaje się oczywisty, a jednak pod wieloma względami taki nie jest. Na pierwszy rzut oka słuchanie wydaje się czynnością prostą i naturalną, codziennie wykonywaną w trakcie rozmów czy codziennych sytuacjach. Jednak autorka pokazuje, że prawdziwe słuchanie wymaga uwagi, wrażliwości i obecności, a także świadomości emocji własnych i innych osób. Książka otwiera oczy na to, jak często przegapiamy istotne sygnały, jak łatwo nasze myśli odpływają i jak rzadko w pełni uczestniczymy w rozmowie, mimo że fizycznie jesteśmy obecni.


środa, 19 listopada 2025

"Wszystko, czego nauczyłam się o szczęściu dzięki smutkowi" - Helen Russell

00:00:00 0 Comments

Smutek to jedna z emocji, którą staramy się jak najbardziej ukrywać, kojarzy się z bólem, rezygnacją i utratą danego aspektu życia. Dodatkowo utworzona przez współczesną kulturę narracja wokół niej sprawiła, że dla wielu stała się ona powodem do wstydu. Jednak smutek, choć nieprzyjemny, ma swoje ważne miejsce w naszym życiu. Jest informacją, sygnałem ostrzegawczym, impulsem do zmian, a czasem wręcz drogowskazem prowadzącym nas ku zmianom, ale również wskazówką, że “po każdej burzy wychodzi słońce”.




Tytuł: Wszystko, czego nauczyłam

się o szczęściu dzięki smutkowi


Autor: Helen Russell


Data wydania: 29.10.2025


Wydawnictwo: Insignis


Liczba stron: 448


Moja ocena: 8/10


Autor recenzji: Wiktoria Sroka




Dlaczego jesteśmy smutni?
Jak smutek może stać się siłą napędową?
Po co płaczemy?
Dlaczego niektórzy z nas są smutniejsi od innych?
Co warto robić, gdy się smucimy – a czego zdecydowanie nie?

To książka dla każdego, kto kiedykolwiek był smutny. Opowiada o tym, jak możemy stać się szczęśliwsi, ucząc się, jak lepiej się smucić. Po latach badań nad szczęściem Helen Russell odkryła zaskakujący fakt: choć większość z nas rozumie, że smutek jest czymś normalnym, bardzo się go obawiamy. Tak bardzo, że trudno nam żyć pełnią życia. Tymczasem smutek jest nam potrzebny. To komunikat. Może powiedzieć nam, co jest nie tak i co z tym zrobić. Okazuje się, że dopuszczenie do siebie chwilowego smutku – choć wydaje się to sprzeczne z intuicją – sprawia, że stajemy się szczęśliwsi, a próby jego unikania szkodzą naszemu zdrowiu psychicznemu. Helen Russell łączy osobiste doświadczenia z najnowszymi badaniami nad smutkiem prowadzonymi przez psychologów, psychiatrów, genetyków, neurobiologów i historyków, a także z opowieściami pisarzy*, komików, sportowców i ludzi zmieniających świat po obu stronach Atlantyku. Autorka opowiada również o historii smutku i przedstawia, jak radzą sobie z nim inne kultury. Wyjaśnia też różnice między smutkiem a depresją, uzależnieniem, żałobą, złamanym sercem, wypaleniem i wszystkim, co mieści się pomiędzy. Ta książka to po części wspomnienia, a po części manifest nawołujący do zmiany w podejściu do wyrażania emocji – tych przyjemnych i tych trudnych.
* Książka zawiera m.in. rozmowę z Adamem Kayem, autorem bestsellera Będzie bolało



Los chciał, że premiera książki Helen Russell zbiegła się w czasie trudniejszym momentem w moim życiu, a temat smutku często mi towarzyszył, stąd nie mogłam przejść obojętnie obok książki, która na celu ma pomóc zrozumieć to, jaki wpływ ma ona na nasze życie. Pojawiła się w idealnym momencie wtedy, gdy najbardziej potrzebowałam spojrzeć na swój własny smutek nie jak na przeszkodę, lecz jak na zjawisko, które ma swój sens i wpływ na to, kim jestem, dając mi również przestrzeń do refleksji, zatrzymania się i nazwania tego, co do tej pory było chaosem.


Co warte zaznaczenia już na samym początku autorka do tematu książki podchodzi w przemyślany sposób, łącząc swoje doświadczenie z refleksją. Smutek zostaje przedstawiony z ogromną delikatnością, a jednocześnie z przekonaniem, że jest to coś potrzebnego i wartego akceptacji. Podkreślone zostaje również to, że nie jest on wrogiem, lecz naturalną odpowiedzią na trudne wydarzenia, stratę, zawód czy zmiany. Jednocześnie przeżywanie smutku świadomie może prowadzić do szczęścia bardziej stabilnego, głębszego i prawdziwszego niż to, które staramy się wymusić sztucznym uśmiechem.

Autorka pisze w sposób przyjemny i łagodny. Podkreślając ważne aspekty zrozumienia emocji, jak to, że sam smutek jest trudną emocją, bardzo wymagającą i choć bolesną, niezbędną. Smutek przestaje być przeciwnikiem, którego trzeba pokonać, a staje się sygnałem, na który warto zwrócić uwagę. Autorka pokazuje, że nie chodzi o to, by zaprzeczać emocjom czy udawać, że ich nie ma, lecz by odważyć się je przeżyć, nazwać i akceptować.


Podsumowując “Wszystko, czego nauczyłam się o szczęściu dzięki smutkowi” autorstwa Hellen Russell to książka bardzo wartościowa i potrzebna szczególnie tym, którzy czują, że smutek w ostatnim czasie stał się ich niechcianym towarzyszem. Pozwala spojrzeć na własne doświadczenia z większą łagodnością, nie dając przy tym prostych odpowiedzi ani szybkich rozwiązań, zamiast tego pozwala na przeżywanie, zatrzymanie się i zadanie pytań, które często odkładamy na później.


poniedziałek, 4 sierpnia 2025

"Kolonia" - Max Kidruk

12:30:00 0 Comments

Moją słabością od zawsze jest gatunek science ficion, który lubię nie tylko za wizje świata i przyszłości, ale za to, że stawia wiele pytań nad ludzką egzystencją, postępem i granicami moralnymi. To właśnie ta zdolność do zadawania trudnych pytań i umieszczania ich w niecodziennych realiach sprawia, że po ten gatunek sięgam z ogromnym entuzjazmem.




Tytuł: Kolonia

Autor: Max Kidruk

Data wydania: 18.06.2025

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 1096

Moja ocena: 5/10

Autor recenzji: Wiktoria Sroka




Rok 2141. 

Ludzkość na Ziemi nie otrząsnęła się jeszcze po clodis – największej pandemii od półwiecza – kiedy pojawia się nowy patogen, który infekuje wyłącznie kobiety w ciąży. Grupa immunologów stara się rozpoznać jego naturę oraz znaleźć możliwe powiązania z rejestrowanymi od jakiegoś czasu na całej planecie wyrzutami neutrin. Tymczasem populacja Kolonii marsjańskich przekracza sto tysięcy mieszkańców; aż jedna trzecia z nich urodziła się już na Czerwonej Planecie. Jednak to nie oni zajmują najlepsze posady w zaawansowanej technologicznie gospodarce Marsa i politycznych strukturach: przegrywają z ziemskimi superspecjalistami i są zmuszani do ciężkiej, niemal niewolniczej harówki, wykonując fizyczną, niewymagającą kwalifikacji pracę. Cierpliwość urodzonych na Marsie powoli się kończy, z roku na rok coraz bardziej pragną zmian, lecz nie zdają sobie sprawy z tego, że transformacja, o której marzą, może położyć kres istnieniu Kolonii… Czy budowana od niemal stu lat społeczność marsjańska zadrży w posadach od eksplodującej rewolucji? Kolonia z przerażającą wręcz wiarygodnością kreśli nie tylko obraz wielokulturowej, międzynarodowej społeczności marsjańskiej i nieustannych tarć w jej wnętrzu, ale także ponurą wizję Ziemi – planety, która wciąż jeszcze jest naszym domem. Historia opowiedziana z perspektywy kilkunastu zapadających w pamięć bohaterów – zarówno Ziemian, jak i kolonizatorów – prowadzi czytelnika przez swoje meandry i odkrywa punkty styku w najmniej oczekiwanych momentach. Zmusza przy tym do głębszej refleksji o geopolitycznej przyszłości Ziemi, o nadchodzącej możliwej katastrofie ekologicznej, o mocarstwach pod rządami szaleńców oraz o tym, czy ekspansja ludzkości i podbój kosmosu rzeczywiście staną się naszą jedyną nadzieją.


Stąd też sięgnięcie po “Kolonię” autorstwa Maxa Kidruka uznałam za konieczność. Zainteresowała mnie nie tylko akcją toczącą się na Marsie i trudnych tam warunkach, ale również zapowiedzią bardziej ambitnej, złożonej opowieści. Liczyłam na mocną, przemyślaną historię, która połączy ze sobą napięcie i refleksję, dając mi coś więcej niż tylko kolejny „kosmiczny thriller”. Niestety, choć niektóre elementy faktycznie zasługują na uznanie, to całościowo powieść pozostawiła mnie z dość sporym rozczarowaniem.


Sam koncept ma ogromny potencjał, zwłaszcza jeśli chodzi o dwutorowość akcji, gdzie z jednej strony dostajemy obraz życia na Marsie i tamtejszych problemów, z drugiej historia ludzi na Ziemi, którzy mierzą się z trudną do identyfikacji chorobą. Niestety jego realizacja, okazała się już mniej ciekawa. Na samym początku mamy do czynienia z dość ciekawym stylem autora, który, choć nie powala, pozwala wciągnąć się w świat przedstawiony. Jednak im więcej poznawałam historii, tym bardziej dawały mi się we znaki liczne i rozbudowane opisy, które wielokrotnie przypominały zapychacze, a nie istotne elementy fabuły, dodatkowo sprawiały, że jeszcze szybciej rozpraszałam się, mając potem problem w ponowne zaangażowanie się w fabułę. Zamiast dynamicznej, angażującej historii, czytałam momentami coś bliższego raportowi technicznemu czy rozdziałowi podręcznika. Przez to coś, co początkowo było atutem, zaczęło działać na niekorzyść. 


Niestety sporym minusem całości są również bohaterowie. Choć ich liczba nie jest duża, to paradoksalnie czułam, jakby było ich zbyt wielu, gubiłam się w tym, kto jest kim, gdzie, jakie ma powiązania i za co jest odpowiedzialny. Co niesie za sobą również to, że w mojej opinii są oni nijacy, trudni do odróżnienia, a tym bardziej do zapamiętania nie tylko jako osobne jednostki, ale również w grupach, miałabym problem określić ich umiejscowienie. A to z kolei odbiło się w znaczący sposób na obiorze historii, bo o ile na opisy, jestem jeszcze w stanie przymknąć oko, tak tutaj, mając do czynienia już z dwoma dość znaczącymi słabszymi elementami, ciężko było mi się zaangażować w fabułę. Zamiast poczuć się, jakbym sama towarzyszyłam bohaterom, czułam, że jestem jedynie biernym obserwatorem, który notuje kolejne zdarzenia, ale nie czuje ich prawdziwej wagi. Nawet momenty, które powinny być przełomowe, nie wywołały u mnie większej reakcji.


Podsumowując “Kolonia” autorstwa Maxa Kidruka to historia, która na pewno znajdzie swoich fanów, zwłaszcza wśród osób lubiących bardziej techniczne podejście do science fiction i mniej emocji. Dla mnie niestety jest to spore rozczarowane. Mimo ciekawego konceptu i potencjału, który niewątpliwie tkwi w samej fabule, wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Styl pisania momentami staje się nużący przez nadmiar opisów i technicznych szczegółów, które nie zawsze są potrzebne i często spowalniają tempo akcji. Brak równowagi między aspektem naukowym a emocjonalnym sprawia, że trudno było mi się zaangażować w losy bohaterów i przeżywać ich problemy. Bohaterowie, którzy są nijacy i dwutorowa narracja, która choć ciekawa, w teorii nie została poprowadzona w sposób spójny i angażujący, co jeszcze bardziej utrudniało pełne zanurzenie się w świat przedstawiony. Dla mnie niestety była to lektura wymagająca cierpliwości i daleka od satysfakcji, jakiej oczekiwałam po tak obiecującym tytule.

niedziela, 3 sierpnia 2025

"Swift and Saddled" - Lyla Sage

12:00:00 0 Comments

Swoje pierwsze spotkanie z twórczością Lyli Sage miałam przy okazji lektury “Done and Dusted”. Swojski klimat małego miasteczka, westernowe klimaty wręcz krzyczały, abym je poznała. I choć historia miała w sobie wiele uroku, coś nie do końca ze sobą współgrało. Mimo to dostrzegłam w historii potencjał, który sprawił, że chciałam więcej. Pozytywne aspekty przyciągnęły mnie na tylr, że bez większych wątpliwości sięgnęłam po drugi tom, licząc, że tym razem dostanę historię, na jaką liczę.




Tytuł: Swift and Saddled

Autor: Lyla Sage


Data wydania: 16.07.2025


Wydawnictwo: Insignis


Liczba stron: 358


Moja ocena: 8/10


Autor recenzji: Wiktoria Sroka





Cudowny powrót na ranczo Rebel Blue z powieści Done & Dusted: tym razem wasze serca skradnie romans Ady i Wesa!


Ona – dziewczyna z miasta, która już nie chce się z nikim wiązać.


On – kowboj, który i tak jej pragnie.


Mężczyzna, który się o nią zatroszczy – to ostatnie, czego obecnie potrzebuje Ada Hart. Wyleciała z college’u, jej małżeństwo zakończyło się katastrofą, aż w końcu odbiła się własnymi siłami od dna. Teraz ufa już tylko sobie – i jak dotąd całkiem jej z tym dobrze. Prowadzi własną firmę, a jedno z największych rancz w Wyoming właśnie zatrudniło ją do realizacji najważniejszego projektu w jej karierze. Kiedy Ada przybywa do Meadowlark, trafia do obskurnego baru, gdzie czuje na sobie spojrzenie przystojnego kowboja. W dziwnych okolicznościach zostawia go z nieoczekiwanym pocałunkiem i prawie żałuje, że nigdy więcej go nie zobaczy… Tyle że ów kowboj to jej nowy szef. Weston Ryder – facet, któremu ewidentnie dopisuje szczęście. Kiedy tajemnicza kobieta z baru okazuje się nowo zatrudnioną projektantką, czuje, że wygrał los na loterii. Problem w tym, że Ada poza pracą nie chce mieć z Wesem nic wspólnego. Jest przekonana, że namiętność między nimi szybko wygaśnie. Czy uda im się zakończyć wspólny projekt, nie ulegając pokusie? A może oboje zaryzykują swoje marzenia i dadzą szansę miłości?



Już od pierwszych stron widoczna była zmiana i większa pewność autorki. Każdy element był bardziej przemyślany, począwszy od tempa wydarzeń, przez relacje, po otoczenie historii.  A to, co wcześnie najbardziej urzekające, czyli sceneria rancza nie traci na swoim klimacie, a wręcz jeszcze bardziej skupia on uwagę czytelnika. 



Poprawa zachodzi również w stylu pisania autorki, który przestaje być infantylny i nużący. Nabiera płynności i balansuje pomiędzy humorem a chwilami dramatu. Tam, gdzie w pierwszym tomie, pojawiał się chaos, tutaj panuje spójność. Dodatkowo autorka nie w przyjemny sposób oddaje klimat urokliwego miejsca, ale również wewnętrzne przeżycia bohaterów. A skoro już przy kwestiach stylistycznych jesteśmy, muszę wspomnieć o poprawie tłumaczenia. W pierwszym tomie zdarzyły się nienaturalne sformułowania, dziwne konstrukcje zdań lub zbyt dosłowne przekłady, jednak tutaj jest to bardziej dopracowane i przyjemniejsze, nawet jeśli jakieś błędy pojawiają się, nie wybijają one z rytmu czytania.



Równie znaczącą różnicą, jaka wychodzi przy porównaniu obu tomów, jest to, że historia rozwija się w bardziej naturalnym tempie. Nie ma tutaj nagłego przyśpieszenia i przeskoczenia wielu elementów, za to pojawia się bardzo dobrze widoczny ciąg przyczynowo-skutkowy.  Jest też więcej przestrzeni na wewnętrzne przeżycia bohaterów i ich rozwój, co w połączeniu z tym jak pisze autorka, daje bardzo dobry rezultat.



Nie mogłoby się obyć, bez wspomnienia o bohaterach, a w tym przypadku jest to konieczne. Ada to postać, która już od pierwszych stron wyraźnie pokazuje swoją niezależność i twarde stąpanie po ziemi, przy takim połączeniu można by spodziewać się po niej bycia wredną, a jednak zaskakuje ogromną dobrocią, choć zadziorności nie jej to nie zabiera. W jej charakterze widać wewnętrzne napięcie między potrzebą kontroli a pragnieniem, by w końcu pozwolić sobie na słabość. Natomiast Wes to bohater, który roztopi każde serce. Nie rzuca słów na wiatr, mówi niewiele, ale kiedy już coś powie, to trafia prosto w punkt. Jest ostoją, kimś, kto nie musi niczego udowadniać, bo jego siła leży w stabilności, wyrozumiałości i gotowości do bycia obok, nawet wtedy, gdy wszystko inne się wali. Prostota, ale mnie dokładnie tym kupił.



Pora na wspomnienie o bardzo ważnym dla mnie aspekcie, którego nie mogę pominąć. Mimo zachęcającego opisu, przykuwającej wzrok okładce, czy zachwytów innych, książka ta jest nieodpowiednia dla osób poniżej osiemnastego roku życia, sięgając po nią, pamiętajcie o tym.



Podsumowując “Swift and Saddled” autorstwa Lyla Sage to historia, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, nie tylko poprawą w wielu kwestiach względem poprzedniego tomu, ale również tym, co dla tej historii nowe. Bohaterowie, których nie da się nie polubić, dobre tempo akcji, styl autorki, który jest przyjemny i to, co najbardziej urzekające to wiejski klimat. Dla mnie to bardzo udany drugi tom, który podnosi poprzeczkę całej serii i daje nadzieję, że kolejne będą tylko lepsze.


wtorek, 22 lipca 2025

"O (albo uniwersalny traktat o tym, dlaczego sprawy mają się tak, a nie inaczej)" - Miki Liukkonen

18:00:00 0 Comments

Czasem zbyt trudno ubrać w słowa to, co wywołuje dana historia, bo nie chodzi o fabułę, styl i emocje, ale o to, w jaki sposób wchodzi do głowy, wpływa na myśli, spojrzenie na świat, a nawet codzienne decyzje, dotyka w najbardziej nieoczywistych sferach życia, trafia w bolesne miejsca, o których istnieniu może sami nie mieliśmy pojęcia. W takich chwilach słowa są niewystarczające, by oddać to, co zrobiła dana historia, to jaki zamęt wywołała. Ale to właśnie wtedy recenzowanie staje się czymś więcej, czymś, co zmusza do znalezienia sposobu, by przekazać całe jej dobro i uczynić czymś trwałym w pamięci.




Tytuł: O (albo uniwersalny traktat o tym, dlaczego sprawy mają się tak, a nie inaczej)

Autor: Miki Liukkonen

Data wydania: 04.06.2025

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 942

Moja ocena: 10/10

Autor recenzji: Wiktoria Sroka



7 dni akcji

100 postaci

misternie skonstruowana fabuła

mnóstwo dygresji i wspomnień

anegdoty i opowieści w opowieściach

Epickie, szalone dzieło wymalowane na zdumiewająco rozległym płótnie.

Przedstawia zwykłych ludzi i niezwykłe wydarzenia, nerwice, obsesje i irracjonalne zjawiska, których być może boicie się tak, jak dziecko boi się nocy bez gwiazd.

Opowiada o tym, co już znacie i co czujecie, ale o czym prawdopodobnie nigdy nie czytaliście w powieści.

***

W O przeczytacie o drużynie pływackiej przygotowującej się do olimpiady, o firmie projektującej z artystycznym zacięciem dziecięce zjeżdżalnie i o mężczyźnie, który ucieka przed nerwicą do swojej ogrodowej szopy.

O śledzi losy Romów handlujących końmi, którzy dzięki tunelowi czasoprzestrzennemu wyprzedzają ziemski czas o całe dwie godziny.

O opisuje zagrażające życiu eksperymenty przeprowadzane przez fanów, a właściwie fanatyków Jana Sebastiana Bacha, którzy bez mrugnięcia okiem wyeliminują każdego, kto stanie im na drodze.

W O znajdziemy nieśmiałego, wycofanego chłopca, który komunikuje się ze światem za pomocą karteczek Post-it ®, oraz narkomana bytującego pod łodzią w Hiszpanii; przez dziurę w odwróconym kadłubie podziwia on niebo, o którym my możemy tylko marzyć.

O bierze za rękę osoby z zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi i cierpliwe pokazuje im, jak krok po kroku przygotować fricassee z kurczaka.

Lecz przede wszystkim O jest monumentalną opowieścią o tym, czym w naszym świecie jest codzienność i jak w niej żyć.


To właśnie “O (albo uniwersalny traktat o tym, dlaczego sprawy mają się tak, a nie inaczej)” jest historią trudną do zdefiniowania. Nie dostajemy tutaj linearalnej fabuły, a zdarzenia, wspomnienia, myśli i skojarzenia, które w jakiś sposób są ze sobą powiązane. Nie jesteśmy również prowadzeni za rękę w tym wszystkim. Zostajemy wrzuceni na głęboką wodę, gdzie nie panują żadne znane nam zasady, celem staje się odkrycie powiązań i zrozumienie nie tylko bohaterów i ich tożsamości, ale również zwykłej codzienności.


Zamiast jednego bohatera, jest ich wielu, dziesiątki, a nawet setki niekiedy zaledwie zarysowanych, innym razem wnikliwie przedstawionych. Przecinają się w zwykłym codziennym życiu, mijają się na ulicach, czasem tworzą wspólną część historii, jednak ciągle pogrążeni są w świecie pełnym bodźców, choć pustym.


Samo to jak zostało to opisane, wymaga sporego uznania nie tylko dla autora, ale również tłumacza. Choć jest to wymagająca lektura, stanowi ucztę nie tylko dla duszy, ale również dla głowy. Mimo wszystko ta trudność nie przytłacza, z czasem również pokazuje swój cel i to, co ma do przekazania. Miki Liukkonen nie boi się bawić słowem, tak samo jak długich, zawiłych zdań, które czasem poruszają wiele odmiennych wątków, choć ciągle są przy tym spójne. Styl pisania przypomina bardzo mocno melodię — każde słowo, akcent na daną sytuację czy zmiana tempa w obu przypadkach muszą być tak samo przemyślane. 


Największą trudność w tym wszystkim nie stanowi opisanie uczuć towarzyszących w trakcie czytania, a tego co działo się po zamknięciu książki. W tak rozbudowanej fabule wiele rzeczy ma prawo umknąć, fragmenty, nazwiska, czy przemyślenia, jednak ciężko zapomnieć o uczuciu tak przeszywającym od środka. Uczuciu jakby ktoś przekierował wzrok na inne aspekty, a to, co nagle dostrzegło się, nie wygląda ani lepiej, ani gorzej. Wygląda jak coś, co każdy z nas widział już, jednak przykryte maskami, filtrami i fałszem. To wtedy świat staje po prostu prawdziwy, bez ukrywania, ale i trudniejszy do zniesienia, choć bliższy nam. 


Po czymś takim nie da się ukrywać, że nie dostrzega się pewnych aspektów — lęków, które od zawsze nam towarzyszą, samotności, która czeka cicho w kącie czy pustki, która czasem nie pozwala wkroczyć czemuś nowemu, czemuś, czemu uda się ją zastąpić. Autor nie pokazuje, a zmusza czytelnika, by spojrzeć na to co znane, na nowo. Dostrzec to co niewygodne, może nawet początkowo zbyt bolesne zmusza do spotkania sam na sam, to wtedy przychodzi coś, co pozwala zrozumieć, że uciekanie niczego nie rozwiąże, a tym bardziej zatracanie się w rzeczywistości pozornie dobrej.


"Są więc lęki: nasilone tak bardzo, że stają się ciałem, bo chcemy, aby je miały, lecz odwracanie wzroku nie jest dłużej możliwe: świat nabił się do pełna, przekarmił wiedzą, alternatywami i niepewnościami tego szatańskiego informacyjnego tsunami człowiek się boi jak dach z kruchego szkła, który w każdej chwili może zwalić mu się na łeb, ale nie zostało już nic innego, jak tylko gapić się na niego z zadartą głową i czekać…"

Dla mnie “O (albo uniwersalny traktat o tym, dlaczego sprawy mają się tak, a nie inaczej)” autorstwa Miki Liukkonen to coś więcej niż książka. To lektura, która nie towarzyszyła mi w codzienności, a prowadziła przez nią na nowo. Wielokrotnie niechętnie i brutalnie, jednak zawsze w kierunku czegoś, czasem głośnego, innym razem nagłego, ale bywały również dni, gdy podążałam za nią w kierunku ciszy. Ciszy, w której wybrzmiewały rzeczy wcześniej pragnące zagłuszenia. Myśli, które czekały na przestrzeń i emocji, które nie miały prawa głosu.


poniedziałek, 2 grudnia 2024

Psychologia dla zabieganych. Mała książeczka o naszych niesamowitych umysłach

12:00:00 0 Comments

Jesteśmy w stanie powiedzieć wiele na temat każdego człowieka, którego widzimy: jakie ma rysy twarzy, jak się ubiera, jakiego jest wzrostu i wymienić cechy wyróżniające go z tłumu. Wszystkie te rzeczy dotyczą wyglądu zewnętrznego. A co z wnętrzem? To wielka tajemnica - wiedzą o nas tylko tyle ile im pokażemy. Dlatego, żeby nieco rozjaśnić sobie trochę takich "tajemnic" zagłębiłam się w książkę Johnn'ego Thomsona "Psychologia dla zabieganych". 



Tytuł:
 Psychologia dla zabieganych. Mała książeczka o naszych niesamowitych umysłach.

Autor: Johnny Thomson

Data wydania: 13 listopada 2024

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 552

Moja ocena: 8/10

Autorka recenzji: Małgorzata Górna


  
    Johnn'ego Thomsona możecie kojarzyć ze względu na jego poprzednie publikacje z serii "Dla zabieganych". Bardzo podoba mi się idea "małej" książki z wieloma wątkami po trochu, by można było wyciągnąć główny sens podejmowanego tematu, a jeśli najdzie nas ochota - zagłębianie go dalej na własną rękę. Z drugiej strony zastanawiałam się nad tym jak trudno jest określić i wybrać, które tematy z dziedziny psychologii są najważniejsze (i równocześnie interesujące), a potem ewentualnie z czego zrezygnować (by książka nie była grubsza trzykrotnie od pierwszego założenia).


    Dobrane zagadnienia obejmują psychologię: zdrowia, pracy, kliniczną, poznawczą, rozwojową, społeczną, edukacyjną, sądową, eksperymentalną, biopsychologię. Jest tego całkiem sporo, ale zostało to zgrabnie przedstawione i zredagowane w krótkich rozdziałach. Wyjaśnienia nie wymagają od nas specjalistycznych umiejętności i wykształcenia akademickiego, a do tego są poparte analogicznymi przykładami, by jeszcze lepiej nam zobrazować i pomóc zrozumieć zachodzący mechanizm psychologiczny. Nie wiem, czy jest łatwiejszy sposób by czytelnik mógł przyswoić wiedzę z książki. 


    Co ciekawe, o wielu rzeczach na pewno już wiecie, ale nie macie pojęcia że wiąże się to z waszym mózgiem i psychologią. Przez wiele lat ta dziedzina była niedoceniana, zyskując niepochlebne miano szarlatanerii. Moim takie książki jak ta (i liczne eksperymenty, badania, publikacje przez poprzednie stulecia) poprawiają jej status naukowy i medyczny dając możliwość czerpania wiedzy tak po prostu, z chęci zagłębiania tematu przez szersze grono.


    Jestem tą książką absolutnie zachwycona (chyba nawet bardziej niż poprzednimi). Ciekawe tematy, uproszczone, poparte przykładami, wciągająca, pobudzająca do myślenia i dalszego eksplorowania, motywująca do działania i zmieniania swojego nastawienia do pewnych spraw. Właśnie taka, jaka powinna być. Interesuję się psychologią już od kilku ładnych lat, więc nie jest to dla mnie pierwsza książka tej kategorii i wiem co mówię. Niesamowicie ważne jest wykazywanie i wyjaśnianie, a nie tylko określanie z założeniem "radź sobie sam". Doceniam włożony wysiłek w reaserch i omówienie, bo to naprawdę świetnie wykonana praca.


    Czy uważam, że każdy powinien przeczytać tę książkę? Nie, ale myślę, że każdy powinien spróbować do niej zajrzeć i zapoznać się choćby z kilkoma rozdziałami. Mówią, że wiedza daje moc, a niewiedza szkodzi...Więc? Nie macie nic do stracenia, a wiele do zyskania. Nawet nie wiecie do czego nasz niesamowity mózg jest zdolny (nie bez powodu uzyskał miano najważniejszego organu w ludzkim ciele)! Jest to książka, którą warto mieć choćby w pamięci, bo jest jedną z tych wartościowych i pomagających otworzyć umysł czy poszerzać horyzonty. Zaryzykujcie i lećcie po "Psychologię dla zabieganych", szczególnie jeśli wydaje Wam się, że w całym waszym pomieszaniu z poplątaniem nie dacie rady przeczytać książki.



Małgorzata Górna

czwartek, 28 listopada 2024

"Taylor Swift. Za kulisami piosenek" - Annie Zaleski

16:00:00 0 Comments
 O Taylor Swift słyszeli chyba wszyscy, a jeśli nie to musieli się o to naprawdę postarać. The Eras Tour odbywające się w wielu miejscach na świecie przyciągnęło tłumy i nadal odbija się szerokim echem. To trwająca ponad rok trasa koncertowa artystki, gdzie każdy ze 149 koncertów trwa ponad trzy godziny. Jest to artystyczna podróż przez albumy-epoki Taylor. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ ta książka to taka cicha, spisana mini-wersja The Eras Tour, którą każdy z nas może przeżywać.



Tytuł:
 Taylor Swift. Za kulisami piosenek

Autor: Annie Zaleski

Data wydania: 27 listopada 2024

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 656

Moja ocena: 7/10

Autorka recenzji: Małgorzata Górna


  
  Nie wiem kiedy rozpoczęła się moja fascynacja twórczością Taylor Swift, ale było to jakieś 15 lat temu. Jej popularność rosła z roku na rok, już wtedy było widać, że ma zadatki na wielką gwiazdę. Obecnie wygrała 449 nagród, w tym 14 nagród Grammy. Jest niesamowicie utalentowana zarówno wokalnie jak i pod względem płodności twórczej. Autorka, dziennikarka muzyczna, Annie Zaleski musiała dopisywać książkę, ponieważ Taylor niespodziewanie ogłosiła kolejną płytę!

Być może nasuwa się myśl, że popularność zapewniło jej bogate życie uczuciowe, bo było ono szeroko komentowane w mediach na całym świecie, ale nie. Ta książka ma zwrócić naszą uwagę na jej twórczość, to czym się inspiruje i jak tworzy. Odwróćmy na chwilę oczy od tego jaka myślimy że jest przez pryzmat tego co o niej piszą i mówią. Skupmy się na tym, co ONA ma do powiedzenia przez swoją muzykę.


  Jako młoda dziewczyna wiedziała czego chce, pisała piosenki "na kolanie", od tak o tym co przeżywali jej rówieśnicy, rodzina czy ona sama. O "Fearless" powiedziała:

 Czasami piosenki o miłości nie powstają na podstawie tego, co właśnie przeżywasz. Ta jest o najlepszej pierwszej randce, na której jeszcze nie byłam.
 
  Demontuje opinię jakoby każda piosenka była o byłym chłopaku bądź nieudanym zauroczeniu. Bazuje na emocjach jakie w niej buzują i uzupełnia o pasujące słowa by jak najlepiej oddać stan przeżywania. Stąd bierze się jej sukces - z nieustępliwości, śpiewaniu o emocjach i byciu autentyczną. Zaczynała już jako nastolatka i miała grupę odbiorczą w swoim wieku, co dawało słuchaczom sygnał, że nie są sami z nastoletnim zagubieniem. 


  Koncepcja książki jest prosta - każdy rozdział to era Taylor, a każdy z nich zawiera tytuły piosenek wraz z opisem. Opisy nadmieniają współtwórców, inspiracje, historie z nimi związane czy proces ich tworzenia, jest to świetny sposób na zaprezentowanie całej dyskografii artystki. Odniosłam jednak wrażenie, że "historia" każdego z kawałków została ograniczona (autorka potwierdziła moje przypuszczenia, tego wszystkiego było po prostu za dużo i trzeba było się skupić na najważniejszych elementach, a przy tym trzymać się pewnego schematu).


  Czy jest to coś nowego i zaskakującego? Moim zdaniem nie, ale nie oznacza to, że książka nie jest dobra. To pozycja obowiązkowa dla Swifties! Włożono w nią mnóstwo pracy (godziny reaserch'u i słuchania piosenek, by na koniec to wszystko w skrócie opisać). Jeśli jest się fanem Taylor Swift, ta pozycja może być "uzupełnieniem", czy przypominajką. A jeśli ktoś dopiero chce rozpocząć tę szaloną przygodę z jej twórczością z pewnością może użyć treści jako wprowadzenia.


Polecam tę książkę ze względu na treść, formę i fantastyczne zdjęcia dobrej jakości. Naprawdę można się w niej zatopić i przeżyć niemały koncert. A to, że ma dla mnie wartość jako fanki to jest już kwestia drugorzędna. 


Małgorzata Górna

niedziela, 17 listopada 2024

"My. Kronika upadku" - Dmitry Glukhovsky

12:00:00 0 Comments

Twórczość autora od zawsze miała w sobie coś, co sprawiało, że chciałam zapoznać się z jego dziełami, nigdy nie było jednak okazji, gdyż po sięgnięcie po tak kultowe książki jak “Metro 2033” czy “Outpost” nigdy nie czułam się gotowa. Dopiero “My.Kronika upadku” zmotywowała mnie, by zapoznać się z tym, co autor ma do powiedzenia, a tym samym sięgnąć po gatunek, którego najlepszych utworów jeszcze nie poznałam.




Tytuł: My. Kronika upadku

Autor: Dmitry Glukhovsky


Data wydania: 23.10.2024


Wydawnictwo: Insignis


Liczba stron: 368


Moja ocena; 10/10


Autor recenzji: Wiktoria Sroka






Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju…

ale trudno też być nim poza jego granicami. 


Próba odpowiedzi na pytanie: „Co się stało z Rosją?”. To ostre, błyskotliwe i pełne emocji felietony Dmitrija Glukhovsky’ego, z których każdy jest reakcją na wiadomości i czasem pozornie błahe wydarzenia z życia Rosjan i Rosji, a zebrane razem tworzą historię reżimu Putina od 2012 roku do pełnoskalowej wojny w Ukrainie. Dopiero z dzisiejszej perspektywy wyraźnie widać to, co usiłował nam przekazać Glukhovsky: jak krok po kroku, wydarzenie po wydarzeniu, znikały wolność i demokracja, jak brutalizowały się resorty siłowe, jak powracały duchy Związku Radzieckiego, jak militaryzowała się państwowa ideologia i jak kraj gotował się do wojny. Autor komentuje swoje teksty z dzisiejszej perspektywy, patrząc na siebie i własne postrzeganie rzeczywistości jak na swego rodzaju historyczny artefakt. Ta książka z niepokojącą jasnością pokazuje, jak wielu rzeczy woleliśmy nie dostrzegać, jak wiele sygnałów wypieraliśmy i o jak wielu sprawach nie chcieliśmy wiedzieć, podczas gdy Rosja metodycznie i konsekwentnie maszerowała w kierunku wojowniczej tyranii. 



Prócz poznania twórczości Dmitrija Glukhovsky’ego historia ta stanowi dla mnie również pewien wyjątek od reguły w swoich wyborach czytelniczych. Pozwala mi powrócić do reportaży, które poznałam parę lat temu, a które od tamtego czasu unikam z uwagi na ich ciężar emocjonalny i trudną tematykę. Tym razem jednak postanowiłam przełamać tę barierę, skuszona nie tylko nazwiskiem autora, ale również chęcią zgłębienia prawdy o współczesnej Rosji – kraju pełnym kontrastów, którego obraz od lat budzi ciekawość i niepokój.



Autor przedstawia zbiór felietonów, każdy z nich odnosi się do konkretnych wydarzeń z Rosji z lat 2012-2013, pokazując krok po kroku zachodzące zmiany w kraju takie jak: ograniczenie wolności, cenzurę, brutalizację aparatu państwowego i powrót duchów Związku Radzieckiego. Wszystko to opatrzone zarówno kontekstem, mającym na celu wprowadzenie nas w sytuację bliską opisanej w felietonie jak i komentarzem “z przyszłości” pozwalającym poznać konfrontację autora z dawnymi nadziejami i rozczarowaniami tym samym jeszcze bardziej uświadamiając nas, że autorytaryzm to proces, który rozkwita stopniowo.



Książka, która od samego początku  jest niezwykle poruszająca i wstrząsająca, a każda kolejna strona coraz bardziej wciąga czytelnika w wir brutalnej rzeczywistości współczesnej Rosji. Autor nie szczęści szczegółów, pokazania dramatycznych konsekwencji propagandy, autorytaryzmu i społecznej apatii. Opisy wydarzeń i refleksje autora sprawiają, że brak jakiejkolwiek reakcji to również postawa wobec opresyjnego systemu. Równie poruszająca jest szczerość i samokrytyka Dmitrija Glukhovsky’ego, który przyznaje, że sam wielokrotnie uległ propagandzie, stając się częścią systemu, który z czasem wyprze go, oskarżając o zdradę, jaką jest szerzenie dezinformacji na temat rosyjskiej armii.



“My. Kronika upadku” to również książka, która stała się dla mnie przełomem w literaturze, pozwalając przełamać opór wobec trudniejszej tematyki i spojrzeć na wydarzenia z szerszej perspektywy. Połączenie felietonów z kontekstami historycznymi oraz refleksją z przyszłości jeszcze bardziej zagłębia nas w temat, by końcowo poruszyć, wstrząsnąć i zmusić do refleksji nad znaczeniem wolności w społeczeństwie. Ważne również jest zakończenie, w którym autor ostrzega, że “nie jest wcale pewne, że najgorsze już za nami”.