Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 stycznia 2026

"Riley Thorn i martwy sąsiad" - Lucy Score

12:00:00 0 Comments
Połączenie kryminału, komedii romantycznej i wątku paranormalnego wraz ze stylem Lucy Score zapowiadał idealną rozrywkę z nutą absurdu i tajemnicy. Taki zestaw gatunków i konwencji budził oczekiwania wobec książki, która stanie się czysto rozrywkową lekturą, idealną na oderwanie się od codzienności i zanurzenie w świecie nieco przerysowanym, ale intrygującym już od pierwszych stron.



Tytuł: Riley Thorn i martwy sąsiad

Autor: Lucy Score

Data wydania: 28.06.2023

Wydawnictwo: Editio Red

Liczba stron: 464

Moja ocena: 5/10

Autor recenzji: Wiktoria Sroka




W przypadku Riley Thorn nic nie było zwyczajne i proste. Były mąż użył wszystkich swoich wpływów, aby pozostawić ją bez grosza, upokorzoną. Straciła pracę, którą lubiła. Przeprowadziła się do starej kamienicy, zamieszkanej przez grupę dość specyficznych emerytów. A do tego słyszała rzeczy, których normalni ludzie nie słyszą. Na przykład cudze myśli albo głosy zmarłych osób. Jej zwariowana matka uważała to za przejaw zdolności jasnowidzenia, jednak Riley bardzo chętnie pozbyłaby się tego „daru”. Nie potrzebowała dodatkowych komplikacji. A właśnie w jej życiu pojawiła się kolejna — tym razem przybrała postać niewiarygodnie seksownego przystojniaka. Tajemniczy przystojniak nazywał się Nick Santiago i był prywatnym detektywem. Nie znosił biurokracji i zbędnych procedur, za to lubił zagadki kryminalne i piękne kobiety. Na śliczną Riley natknął się przypadkowo, gdy szukał jej sąsiada w ramach standardowego zlecenia. Dziwnym trafem niedługo potem sąsiad został zamordowany, a Riley stała się główną podejrzaną. Nick nie uwierzył w winę dziewczyny. Postanowił sam odnaleźć prawdziwego sprawcę. W rozwiązaniu zagadki nie pomagały mu jednak ani uroda Riley, ani jej zaskakujące zdolności. Jakby tego było mało, sprawa zaczęła się komplikować, a obok kobiety pojawił się dziwny nieznajomy. Morderca się wymykał.


Już sam pomysł na fabułę sugerował sporą dawkę nieoczywistości. Kryminalna zagadka miała nadać strukturę i napięcie, komedia romantyczna lekkość oraz relacje między bohaterami, a wątek paranormalny wprowadzić element zaskoczenia i odrobinę kontrolowanego chaosu. W teorii była to mieszanka, która przy odpowiednim poprowadzeniu mogła dać bardzo satysfakcjonujący efekt. W praktyce jednak tylko pierwsze rozdziały podtrzymują to wrażenie. Dzięki nim powstaje nadzieja na spełnienie obietnicy o idealnej rozrywce.


Z czasem coraz bardziej widoczny zaczyna być chaos. Kryminał staje się coraz bardziej oczywisty, a wątek romantyczny przybiera dobrze znany schemat. Zamiast spójnej całości pojawia się wrażenie rozdrobnienia, jakby książka nie mogła zdecydować, którym gatunkiem chce być w danym momencie. Przez co końcowo książka ma lekką formę, ale traci na aspektach technicznych. Absurd, który miał być atutem, zaczyna dominować nad fabułą, a tajemnica schodzi na dalszy plan. Zamiast wciągającej intrygi czy konsekwentnie budowanego humoru pojawia się chaos, który nie każdemu czytelnikowi przypadnie do gustu.


Mieszane uczucia mam względem kreacji głównej bohaterki - Riley, która miała ogromny potencjał, by stać się mocnym punktem całej historii, a jednak nie do końca został on wykorzystany. Riley jest niezależna, zdeterminowana i odważna, a przy tym obdarzona poczuciem humoru, które często ratuje sytuacje. Jednak z drugiej strony, Riley momentami wydaje się nie w pełni rozwiniętą bohaterką. Jej nadprzyrodzone zdolności są ciekawym pomysłem, który mógłby wnieść do historii wiele intrygujących momentów. Zamiast stanowić część fabuły i wpływać na jej rozwój, funkcjonują raczej jako gadżet, który nie zmienia zbytnio dynamiki wydarzeń.


Plusem jest jednak styl pisania autorki, niezmiennie jak w innych książkach jest on niezwykle lekki, dzięki czemu przez książkę płynie się. Co ważne, styl Score sprawdza się szczególnie w dialogach. Bohaterowie rozmawiają ze sobą naturalnie, często z humorem i lekką ironią. Nawet jeśli fabuła momentami traci tempo, sposób prowadzenia narracji potrafi utrzymać czytelnika przy książce.


Podsumowując Riley Thorn i martwy sąsiad” autorstwa Lucy Score to książka, która z jednej strony miała wszystko, by stać się lekką, wciągającą i pełną humoru rozrywką, a z drugiej nie do końca wykorzystała swój potencjał. Połączenie kryminału, komedii romantycznej i wątku paranormalnego zapowiadało ciekawą historię, lecz w praktyce fabuła bywa chaotyczna, momentami przewidywalna, a niektóre wątki bardzo powierzchowne.


Riley Thorn i martwy sąsiad" ze strony wydawnictwa editio.pl Sprawdźcie też inne bestsellery wydawnictwa

czwartek, 18 września 2025

"Anioły z rzeźni" - Kevin Nolbert

19:00:00 0 Comments

Ludzki umysł jest pełen tajemnic i ciekawostek, jednak kryje w sobie również wiele zagrożeń dla nas i naszego otoczenia. Każdy z nas słyszał minimum raz w swoim życiu nazwy różnych chorób psychicznych typu schizofrenia, depresja i wszelkiego rodzaju zaburzenia. Te choroby już nie odstąpią ludzkości, a leczyć można je tylko objawowo, niewiele można wyleczyć, aby uniknąć nawrotów. Nie każdy lek i nie każda terapia może zadziałać, w głowie zawsze coś zostaje.





Tytuł: "Anioły z rzeźni"


Autor: Kevin Nolbert


Liczba stron: 183


Data wydania: 2025


Wydawnictwo: Novae Res


W moim odczuciu: 5/10


Autor recenzji: Natalia Paterek






"Gdy już nie masz nic do stracenia, możesz pozwolić sobie na wszystko".



Na szczęście mamy takie osoby jak psycholodzy, psychiatrzy, terapeuci itp. Wiele osób uważa, że oni doskonale sobie radzą ze sobą mimo tego, że słuchają naszych problemów i rozterek. Wiecie jednak... Że to tylko ludzie... I też mogą postradać rozum. Najgorsze jest to, że oni doskonale o tym wiedzą. Robert Arseńczuk, psychiatra i psychoterapeuta to świadomy swoich wad cynik. Drwi ze wszystkiego, łamie zasady etyki lekarskiej i prowadzi destrukcyjny styl życia, który zaburza mu rzeczywistość. Wszystko się zmienia, gdy poznaje Martę - kobietę pracującą w tym samym zawodzie w gabinecie obok. Poznanie Marty sprawiło, że Robert na nowo wierzy w ludzi, a jego cynizm i narcyzm zanikają. Jednak szczęście z kobietą zostaje mu odebrane, wstrząśnięty tragedią lekarz stawia sobie jeden cel - znaleźć winowajcę. W realizacji tego celu pomagają i jednocześnie przeszkadzają jego pacjentki - bliźniaczki, z którymi nawiązał patologiczną relację. Główny bohater nie cofnie się przed niczym, by odkryć prawdę.



Gdy zobaczyłam ten tytuł, coś mnie poruszyło, abym to przeczytała, Książka jest krótka, a skoro jest rok szkolny, to uznałam, że taka mała książka dobrze mi zrobi. Jestem typem osoby, co ma dość mocną psychikę, jeśli chodzi o książki i z chęcią sięgam po "trudniejsze książki" jak ta. Ta opowieść jest pisana dość trudnym, wulgarnym językiem, który idealnie opisuje głównego bohatera. Okładka książki od razu mi się spodobała, trochę oddaje mój klimat szarych, zimnych kolorów. Z plusów mogę jeszcze dodać, że czcionka i jej wielkość jest przyjemna i łatwiej się czyta większe litery, to moim zdaniem ogromny plus, bo bardzo mi to ułatwiło życie.



Przejdę do minusów, których jest  trochę więcej. Tak jak wyżej wspomniałam, że język idealnie opisuje głównego bohatera, tak jego trudność i wulgarność mnie trochę odtrącała. W książce było zawarte kilka rzeczy o charakterze seksistowskim, co też mnie odrzuciło, nie było tego dużo, ale to wystarczyło, abym się zniechęciła, poczułam się po prostu urażona. Przyczepię się do fabuły, na początku fabuła się rozwija dość wolno, ja po prostu wyczekiwałam wielu momentów i czułam, że nie mogę się już doczekać. A gdy nadchodziło zakończenie (bo do zakończenia zostało 30 stron) to nagle fabuła przyspieszyła jak pstryknięcie palcami. Jeśli chodzi o patologiczną relację z bliźniaczkami, to fakt, była patologiczna, ale myślałam, że będzie bardziej patologiczna i trochę się rozczarowałam. 



Cała książka na ogół jest dość trudna i porusza tematy bardzo ciężkie i nieprzyjemne dla niektórych odbiorców. Jednak ta opowieść idealnie pasuje na chłodny, deszczowy, jesienny wieczór razem z herbatą. Dzięki tej książce poczułam vibe jesieni, ale nie sądzę, abym kiedyś przeczytała to ponownie. Jeśli lubicie eksperymentować z własnym gustem czytelniczym, to zacznijcie od tej książki.

sobota, 23 sierpnia 2025

"Our Perfect Forever. Historie nieopowiedziane" - Marta Łabęcka

12:00:00 0 Comments

Jeśli chodzi o dodatki do serii, żyją we mnie dwa wilki. Jeden, który uważa, że powrót do znanych i uwielbianych bohaterów to coś super, tym bardziej gdy stanowi on uzupełnienie pewnych wydarzeń. Z kolei drugi uważa, że o ile sama ich idea jest okej, tak wielokrotnie są one niepotrzebne i nie wnoszą nic do historii. Końcowo wszystko i tak zależy od tego, czy autor rozwija świat przedstawiony, czy jest to jedynie przedłużenie serii, mające podtrzymać zainteresowanie.




Tytuł: Our Perfect Forever.
Historie nieopowiedziane

Autor: Wiktoria Sroka

Data wydania: 26.02.2025

Wydawnictwo: BeYa

Liczba stron: 296

Moja ocena: 5/10

Autor recenzji: WIktoria Sroka




Przyjaźń, która miała się skończyć po roku, a przerodziła się w relację silniejszą niż więzy krwi.


Rodzina, którą sami wybrali, by wspólnie iść przez życie, uczyć się dorosłości i popełniać błędy. Flaw(less) opowiedziała Wam ich historię, All of Your Flaws przypomniała przeszłość, a Despite Your (im)perfections zamknęła opowieść o nich, wieńcząc ją dotrzymaniem złożonej obietnicy. Teraz nadszedł czas, by poznać historie dotąd nieopowiedziane. Dzieciaki z Moreton powracają po raz ostatni, by zabrać Was w podróż drogą wspomnień ze wszystkich okresów ich (nie)idealnego życia.


Our Perfect Forever to podsumowanie znanych Wam już wydarzeń, wzbogacone o notki od autorki, pełne sentymentalnych przemyśleń i sekretów powstawania trylogii. To ostatnie spotkanie z bohaterami, których pokochaliście. A przede wszystkim prezent dla Was – Czytelniczek i Czytelników FLAWSów.



W przypadku książki Marty Łabęckiej obawiałam się wielu aspektów, choć najbardziej tego, że historia, którą czytałam 3 lata temu i którą tak dobrze zapamiętałam, teraz nie okaże się tak cudowna, a powrót do bohaterów zamiast usłany radością, stanie się powodem do rozczarowania. Zaraz za tym, jako kolejna obawa objawiło się to, czy po takim czasie sama autorka na nowo odda klimat dzieciaków z Moreton, tak zagubionych i próbujących być najlepszymi wersjami siebie. 



Niestety szybko okazało się, że część moich obaw nie była bezpodstawna. Bo o ile początek napawał mnie ogromną nadzieję, że poczuję tę samą magie Moreton i powrócą znajome emocje, towarzyszące całej serii. Tak z każdą stroną, coraz bardziej ten ślad zacierał się, bohaterowie zaczęli tracić swój urok, fabuła nie angażowała tak bardzo jak kiedyś i to, co znajome, nagle przestało takie być. 



Jedynym znajomym aspektem i wciąż równie pozytywnym jest styl pisania autorki. Nie ukrywam swoją przygodę z twórczością autorki skończyłam na serii Flaw(less) przez co, a może raczej dzięki temu czytając dodatek, zaskoczyłam się tym, jak zmienił się sposób pisania autorki, choć nie na tyle, bym nie poczuła się jak wtedy, gdy ze łzami w oczach, czytałam każdą z trzech części. To on sprawił, że mimo zastrzeżeń wobec samej treści, wciąż odnajdywałam coś, co przyciągało mnie do dalszego czytania i choć pod względem fabularnym książka ta nie dorówna temu, co pamiętam z trylogii to właśnie język i sposób poprowadzenia narracji, przypomniał mi, dlaczego tak mocno przepadłam we wcześniejszych losach bohaterów.



Nie ukrywam również, że samo to, że choć na chwilę mogłam powrócić do losów bohaterów, było przyjemnym doświadczeniem, tym bardziej że oprócz zwykłych rozdziałów pojawiają się wstawki od autorki. Jednak zabrakło mi w tym elementów, które uzupełniłyby ich losy o coś nowego, coś, co wcześniej dla czytelnika nie było oczywiste. Coś, co nie miało jak być domysłem dla odbiorców, a stałoby się realny rozwinięciem.  Zamiast tego miałam poczucie, że wiele fragmentów to jedynie powtórka tego, co już znam, jedynie w nieco innej formie. O ile chwilami dawało to przyjemne poczucie znajomości i nostalgii, to równie szybko przyszło rozczarowanie.



“Our Perfect Forever. Historie nieopowiedziane” autorstwa Marty Łabęckiej to dodatek, który na pewno przez spore grono osób był bardzo wyczekiwany i równie wielu osobom spodoba on się. W moim przypadku nie do końca odpowiada mi to jaką formę uzupełnienia historii on prezentuje. Sięgając po coś takiego, liczę na coś więcej, coś, co nie stanowi jedynie powrotu do znanej historii, ale również poszerza  ją o nową perspektywę, która wcześniej dla czytelnika była czymś nieznanym. Tutaj zabrakło mi tego poczucia, że mogę odkryć w bohaterach coś nowego. Końcowo więc choć sam powrót jak już wspominałam, był w pewien sposób przyjemny, to pozostawił on również niedosyt i wrażenie, że mogło to wyglądać zupełnie inaczej.



Our Perfect Forever. Historie nieopowiedziane" ze strony wydawnictwa editio.pl Sprawdźcie też inne bestsellery wydawnictwa…



wtorek, 5 sierpnia 2025

"Star Bringer" - Nina Croft, Tracy Wolff

18:00:00 0 Comments

Niestety, mimo naprawdę dobrego pomysłu, zabrakło mi czegoś w tej historii. Pierwszym co przyszło mi do głowy po skończeniu czytania to, że szkoda potencjału, który nie został wykorzystany nawet w połowie. Oprócz tego zabrakło również wielu innych elementów, jak chociażby konsekwencja w prowadzeniu historii.




Tytuł: Star Bringer

Autor: Tracy Wolff, Nina Croft

Data wydania: 23.04.2025

Wydawnictwo: StoryLight

Liczba stron: 664

Moja ocena: 5/10

Autor recenzji: Wiktoria Sroka




Siedmioro nieznajomych. Jeden skradziony statek kosmiczny. I cały wszechświat na głowie…

Słońce umiera… i to cholernie szybko. Czasu jest coraz mniej, a jedyną nadzieją Dziewięciu Planet na przetrwanie pozostaje stacja badawcza i strzeżony w niej artefakt Obcych.  Więc to doprawdy słabe, gdy pewien dupek, który ma wszechświat gdzieś, wysadza tę stację w powietrze… z tobą na jej pokładzie. Masz wybór: śmierć w płomieniach albo kradzież latającego kawałka kosmicznego złomu. Wybierasz zdezelowany statek i wraz z siedmiorgiem nieznajomych i ich niebezpiecznymi sekretami zostajesz zamknięty w jego wnętrzu. Kogo my tu mamy?… Księżniczkę, kapłankę, strażnika, więźniarkę, oszusta, kretyna i dupka, który niby za nas wszystkich odpowiada. A teraz z jakiegoś powodu każda frakcja w galaktyce zaczyna polować na nasz statek, od Siostrzeństwa po Korporację. Nawet rebelianci dołączyli do zabawy. Jeśli tylko przestaniemy pić, kłócić się i pieprzyć… to może wtedy uda się nam uciec im wszystkim i uratować ten cholerny wszechświat… Może. Tak: okazuje się, że od umierającej gwiazdy do zbawienia nasz świat dzieli siedmioro totalnych wykolejeńców…

Znaczy: bohaterów.


Niestety, mimo naprawdę dobrego pomysłu, zabrakło mi czegoś w tej historii. Pierwszym co przyszło mi do głowy po skończeniu czytania to, że szkoda potencjału, który nie został wykorzystany nawet w połowie. Oprócz tego zabrakło również wielu innych elementów, jak chociażby konsekwencja w prowadzeniu historii. 


Sporym minusem jest poświecenie małej ilości czasu na prezentowany świat. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się być ciekawym elementem historii z galaktycznymi konfliktami, zróżnicowanymi rasami i politycznym napięciem, z czasem przestaje odgrywać jakąkolwiek większą rolę. Za to zaczyna istnieć gdzieś w tle. W rezultacie odbiorca przestaje się nim interesować i automatycznie kieruje uwagę na inne aspekty opowieści, które niestety, ale często okazują się być przewidywalnymi schematami relacji. 


Również styl narracji, nie należy do tych dobrych, bo choć jest lekki to język i dialogi przesycone są wulgaryzmami, wielokrotnie zupełnie niepotrzebnymi. Pojawiają się bez kontekstu, czy jakiegokolwiek sensownego uzasadnienia, byle po prostu były, jak by to miało nadać powieści charakter bardziej młodzieżowy. Zamiast dodawać charakteru postaciom czy budować napięcie, stają się męczącym powtórzeniem i niepotrzebnym elementem, który wybija z rytmu lektury. 


Na plus za to jest kreacja bohaterów, pomimo tak dużej ilość są różnorodni i barwni, ich decyzje bywają impulsywne i niezrozumiałe, jednak dalej wpisuje się w to, że mają jakieś charaktery, a nie są nijacy. Niestety w tym wszystkim, pojawiają się również niedopracowane elementy takie jak to, że niektóre wątki czy konflikty zostały potraktowane po macoszemu, a część relacji urwano zbyt nagle. Mimo to nie można im odmówić wpływu na tempo i kierunek akcji.


Podsumowując “Star Bringer” autorstwa Niny Croft i Tracy Wolff to historia, której potencjał nie został wykorzystany. Ma swoje gorsze elementy, jak i lepsze, niektóre są gdzieś pośrodku przez niedopracowanie. I gdyby popracować nad nimi, to byłaby serio dobra historia. Niestety, efekt końcowy jest inny. Na pewno znajdzie ona swoich fanów, dla których będzie to lekka i przyjemna podróż w kosmos. Ja jednak czuję niedosyt i żal, że tak dobrze zapowiadająca się historia okazała się przeciętna.


poniedziałek, 4 sierpnia 2025

"Kolonia" - Max Kidruk

12:30:00 0 Comments

Moją słabością od zawsze jest gatunek science ficion, który lubię nie tylko za wizje świata i przyszłości, ale za to, że stawia wiele pytań nad ludzką egzystencją, postępem i granicami moralnymi. To właśnie ta zdolność do zadawania trudnych pytań i umieszczania ich w niecodziennych realiach sprawia, że po ten gatunek sięgam z ogromnym entuzjazmem.




Tytuł: Kolonia

Autor: Max Kidruk

Data wydania: 18.06.2025

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 1096

Moja ocena: 5/10

Autor recenzji: Wiktoria Sroka




Rok 2141. 

Ludzkość na Ziemi nie otrząsnęła się jeszcze po clodis – największej pandemii od półwiecza – kiedy pojawia się nowy patogen, który infekuje wyłącznie kobiety w ciąży. Grupa immunologów stara się rozpoznać jego naturę oraz znaleźć możliwe powiązania z rejestrowanymi od jakiegoś czasu na całej planecie wyrzutami neutrin. Tymczasem populacja Kolonii marsjańskich przekracza sto tysięcy mieszkańców; aż jedna trzecia z nich urodziła się już na Czerwonej Planecie. Jednak to nie oni zajmują najlepsze posady w zaawansowanej technologicznie gospodarce Marsa i politycznych strukturach: przegrywają z ziemskimi superspecjalistami i są zmuszani do ciężkiej, niemal niewolniczej harówki, wykonując fizyczną, niewymagającą kwalifikacji pracę. Cierpliwość urodzonych na Marsie powoli się kończy, z roku na rok coraz bardziej pragną zmian, lecz nie zdają sobie sprawy z tego, że transformacja, o której marzą, może położyć kres istnieniu Kolonii… Czy budowana od niemal stu lat społeczność marsjańska zadrży w posadach od eksplodującej rewolucji? Kolonia z przerażającą wręcz wiarygodnością kreśli nie tylko obraz wielokulturowej, międzynarodowej społeczności marsjańskiej i nieustannych tarć w jej wnętrzu, ale także ponurą wizję Ziemi – planety, która wciąż jeszcze jest naszym domem. Historia opowiedziana z perspektywy kilkunastu zapadających w pamięć bohaterów – zarówno Ziemian, jak i kolonizatorów – prowadzi czytelnika przez swoje meandry i odkrywa punkty styku w najmniej oczekiwanych momentach. Zmusza przy tym do głębszej refleksji o geopolitycznej przyszłości Ziemi, o nadchodzącej możliwej katastrofie ekologicznej, o mocarstwach pod rządami szaleńców oraz o tym, czy ekspansja ludzkości i podbój kosmosu rzeczywiście staną się naszą jedyną nadzieją.


Stąd też sięgnięcie po “Kolonię” autorstwa Maxa Kidruka uznałam za konieczność. Zainteresowała mnie nie tylko akcją toczącą się na Marsie i trudnych tam warunkach, ale również zapowiedzią bardziej ambitnej, złożonej opowieści. Liczyłam na mocną, przemyślaną historię, która połączy ze sobą napięcie i refleksję, dając mi coś więcej niż tylko kolejny „kosmiczny thriller”. Niestety, choć niektóre elementy faktycznie zasługują na uznanie, to całościowo powieść pozostawiła mnie z dość sporym rozczarowaniem.


Sam koncept ma ogromny potencjał, zwłaszcza jeśli chodzi o dwutorowość akcji, gdzie z jednej strony dostajemy obraz życia na Marsie i tamtejszych problemów, z drugiej historia ludzi na Ziemi, którzy mierzą się z trudną do identyfikacji chorobą. Niestety jego realizacja, okazała się już mniej ciekawa. Na samym początku mamy do czynienia z dość ciekawym stylem autora, który, choć nie powala, pozwala wciągnąć się w świat przedstawiony. Jednak im więcej poznawałam historii, tym bardziej dawały mi się we znaki liczne i rozbudowane opisy, które wielokrotnie przypominały zapychacze, a nie istotne elementy fabuły, dodatkowo sprawiały, że jeszcze szybciej rozpraszałam się, mając potem problem w ponowne zaangażowanie się w fabułę. Zamiast dynamicznej, angażującej historii, czytałam momentami coś bliższego raportowi technicznemu czy rozdziałowi podręcznika. Przez to coś, co początkowo było atutem, zaczęło działać na niekorzyść. 


Niestety sporym minusem całości są również bohaterowie. Choć ich liczba nie jest duża, to paradoksalnie czułam, jakby było ich zbyt wielu, gubiłam się w tym, kto jest kim, gdzie, jakie ma powiązania i za co jest odpowiedzialny. Co niesie za sobą również to, że w mojej opinii są oni nijacy, trudni do odróżnienia, a tym bardziej do zapamiętania nie tylko jako osobne jednostki, ale również w grupach, miałabym problem określić ich umiejscowienie. A to z kolei odbiło się w znaczący sposób na obiorze historii, bo o ile na opisy, jestem jeszcze w stanie przymknąć oko, tak tutaj, mając do czynienia już z dwoma dość znaczącymi słabszymi elementami, ciężko było mi się zaangażować w fabułę. Zamiast poczuć się, jakbym sama towarzyszyłam bohaterom, czułam, że jestem jedynie biernym obserwatorem, który notuje kolejne zdarzenia, ale nie czuje ich prawdziwej wagi. Nawet momenty, które powinny być przełomowe, nie wywołały u mnie większej reakcji.


Podsumowując “Kolonia” autorstwa Maxa Kidruka to historia, która na pewno znajdzie swoich fanów, zwłaszcza wśród osób lubiących bardziej techniczne podejście do science fiction i mniej emocji. Dla mnie niestety jest to spore rozczarowane. Mimo ciekawego konceptu i potencjału, który niewątpliwie tkwi w samej fabule, wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Styl pisania momentami staje się nużący przez nadmiar opisów i technicznych szczegółów, które nie zawsze są potrzebne i często spowalniają tempo akcji. Brak równowagi między aspektem naukowym a emocjonalnym sprawia, że trudno było mi się zaangażować w losy bohaterów i przeżywać ich problemy. Bohaterowie, którzy są nijacy i dwutorowa narracja, która choć ciekawa, w teorii nie została poprowadzona w sposób spójny i angażujący, co jeszcze bardziej utrudniało pełne zanurzenie się w świat przedstawiony. Dla mnie niestety była to lektura wymagająca cierpliwości i daleka od satysfakcji, jakiej oczekiwałam po tak obiecującym tytule.

czwartek, 24 lipca 2025

"Nigdy Cię nie opuściłem" - Kamila Wiśniewska

17:30:00 0 Comments

Od chwili, gdy po raz pierwszy natknęłam się na zapowiedź “Nigdy cię nie opuściłem” wiedziałam, że koniec końców tytuł ten wyląduje na mojej liście do przeczytania, a, jako że zainteresował nie tylko opisem, ale również tytułem i obietnicą poruszającej historii, stało się to szybciej niż przypuszczałam. Liczyłam na opowieść intymną, pełną emocji, skupioną na relacjach i nieoczywistych wyborach bohaterów. Gdy w końcu miałam okazję ją przeczytać, podeszłam do lektury z dużą ciekawością i nadzieją na literackie przeżycie.




Tytuł: Nigdy cię nie opuściłem

Autor: Kamila Wiśniewska

Data wydania: 04.02.2025

Wydawnictwo: Editio Red

Liczba stron: 312

Moja ocena: 5/10

Autor recenzji: Wiktoria Sroka




Słodko-gorzki smak dawnej miłości

Ava Bennet i Brayson Black kochali się na zabój i planowali wspólne życie. Choć byli jeszcze bardzo młodzi, oboje wiedzieli, że są sobie przeznaczeni i chcą już zawsze być razem. Los miał jednak inne plany. Zmusił Braysona do wyjazdu z Londynu. Ava została sama. Minęły lata. Mimo że rozstanie pozostawiło w jej duszy niezatarty ślad, Ava się z tego podniosła. Rozwinęła karierę realizując się zawodowo jako wzięta architektka. Jej nowe zlecenie wiąże się z wyjazdem do Włoch. Ma tam zaprojektować dom dla tajemniczego, bardzo wpływowego człowieka. I tak Brayson Black ponownie wkracza do życia Avy Bennet. Chce ją odzyskać i udowodnić, że traktuje poważnie składane sobie wzajemnie obietnice. Wszystko się jednak komplikuje, kiedy na scenę budzącej się na nowo miłości wkracza pewien mały chłopczyk… Czy w sercu Avy będzie jeszcze miejsce dla Braysona?


Oczekiwania te nie wynikały wyłącznie z ciekawych zapowiedzi, ale również początkowo bardzo dobry opinii oraz potrzeby znalezienia historii, która opowie o uczuciach w sposób cichy i nieprzesadzony, bez wielkich dramatów czasem zawartych na siłę. Miałam nadzieję na opowieść subtelną, ale zostawiającą ślad – historię, do której wraca się myślami. Z tym większym zainteresowaniem przyglądałam się każdej scenie i temu, w jaki sposób autorka buduje opowiadaną rzeczywistość.


Sporym plusem już na samego początku jest styl pisania autorki, lekki i płynny, dzięki czemu łatwo wciągnąć się w historię, jednak nie na tyle angażujący, by po odłożeniu wracać do niej myślami. Choć fabularnie nie wszystko współgra, pod względem tego jak została napisana, jest to przyjemna historia. Równie dobre jest operowanie przez autorkę emocjami, subtelnie i nieprzesadnie, dzięki czemu zdarzyło mi się nawet parę razy, że łezka samoistnie poleciała.


Niestety gorzej wypada już sama fabuła, mamy tutaj wiele wątków, które pozornie wydają się istotne, jednak zostają jedynie zarysowane i porzucone.  Brakuje wyraźnych punktów kulminacyjnych, a tempo narracji sprawia, że niektóre sceny mijają bez większego znaczenia. Zabrakło wyraźnej osi narracyjnej, która spajałaby wszystkie elementy w spójną całość. W efekcie czytelnik zamiast stopniowego zanurzania się w opowieść, raczej przeskakuje po powierzchni kolejnych zdarzeń, próbując odnaleźć ich sens i wzajemne powiązania. Warto podkreślić, że poszczególne elementy mają potencjał, jednak brakuje w nich dopracowania. Efekt końcowy przypomina szkic czegoś większego, co mogło się wydarzyć, ale pozostało na etapie dobrej intencji.


Na minus wypada również kreacja bohaterów, na przód wysuwa się pod tym względem Ava, której brak jakichkolwiek spójności, jej charakter nijak ma się do tego, jakie decyzje podejmuje, przez co wypadają one bardzo niezrozumiale. W jednej scenie zachowuje się dojrzale i refleksyjnie, by chwilę później działać impulsywnie i bez wyraźnej motywacji. Jej emocje i reakcje wydają się oderwane od sytuacji, w których się znajduje, dając wydźwięk, jakby były nakreślone na siłę, a nie wynikały z naturalnego rozwoju postaci.


Nie lepiej wypada Brayson, którego obecność w historii, choć wyraźna to mało angażująca. Potencjał, jaki jego postać ma bez bycia jednym z bardziej wpływowych bohaterów na fabułę, nie został w żadnym stopniu wykorzystany, a jego kreacja spłycona do bycia wspaniałym facetem, bo przecież wrócił do byłej dziewczyny i zaakceptował fakt, że ma syna. Ta sytuacja idealnie obrazuje jak powierzchownie zostały przedstawione jego decyzje i to, że zamiast bohatera z własną historią i wątpliwościami dostajemy symbol “dobrego mężczyzny”.


Bez cienia wątpliwości mogę stwierdzić, iż najciekawszą i najlepiej wykreowaną postacią w całej historii jest Liam, choć i przy nim nie obyłoby się bez faux pas. Choć jest trzyletnim dzieckiem, często jego zachowania są zbyt dojrzałe, świadome i elokwentne co zabiera jego postaci bycie po prostu dzieckiem. To samo tyczy jego wypowiedzi i przemyśleń, które brzmią jak słowa dorosłego uwięzionego w ciele dziecka. Pomimo tego budzi on sympatię i wnosi do historii jakiekolwiek uczucia, czego nie udało się dokonać żadnej innej postaci.


Pora na wspomnienie o bardzo ważnym dla mnie aspekcie, którego nie mogę pominąć. Mimo zachęcającego opisu, przykuwającej wzrok okładce, czy zachwytów innych, książka ta jest nieodpowiednia dla osób poniżej osiemnastego roku życia, sięgając po nią, pamiętajcie o tym.


Podsumowując “Nigdy cię nie opuściłem” autorstwa Kamilii Wiśniewskiej to książka, którą najtrafniej można opisać mówiąc jako o niewykorzystanym potencjalne pod każdym względem. Choć styl pisania autorki zasługuje na uznanie i sprawia, że lektura jest lekka i przyjemna, to niestety fabularny chaos i niewiarygodna kreacja bohaterów znacząco obniżają odbiór całości. Zbyt wiele porzuconych wątków i powierzchowne potraktowanie ważnych tematów sprawiają, że historia zamiast angażować, pozostawia czytelnika z poczuciem niedosytu. Mimo to, dobrze wykreowany Liam i kilka emocjonalnych momentów stanowią małe przebłyski tej opowieści. Dla mnie to książka ze zmarnowanym potencjałem – nie zła, ale też daleka od wyjątkowej. 



Nigdy Cię nie opuściłem" ze strony wydawnictwa editio.pl Sprawdźcie też inne bestsellery wydawnictwa…



piątek, 13 czerwca 2025

"Między zobowiązaniem a zdradą" - Shain Rose

12:00:00 0 Comments

 Rozwój mediów znacząco wpłynął na rynek książek, dzięki niemu i znaczeniu Tik Toka w naszym życiu, coraz częściej spotykamy się z tym, że wystarczy kilkusekundowy filmik z dramatycznym cytatem, urywkiem emocjonalnej sceny lub estetycznym kadrem z okładką, by napędzić zainteresowanie wokół danego tytułu. Historie promowane przez BookTok żyją w swoim osobnym “ekosystemie”, najczęściej do tego grona trafiają opowieści emocjonalne, przerysowane, ale i pełne napięcia i zwrotów akcji, które mają trafić prosto w serce czytelnika. Ta specyfika ma swoje plusy – popularność tytułów rośnie błyskawicznie, ale i minusy – nie każda „sensacja” okazuje się rzeczywiście warta zachwytu.




Tytuł: Między zobowiązaniem a zdradą


Autor: Shain Rose


Data wydania: 27.05.2025


Wydawnictwo: Zysk i S-ka


Liczba stron: 448


Moja ocena: 5/10


Autor recenzji: Wiktoria Sroka





Wspólnik mojego ojca zrobi wszystko dla imperium, które razem zbudowali... Gotowy jest nawet mnie poślubić


Declan Hardy, obiekt kobiecych westchnień, miliarder i były gwiazdor NFL, jest moim całkowitym przeciwieństwem. Rządzi, gdy ja współpracuję. Jest spontaniczny, gdy ja działam rozważnie. Głośny, kiedy ja milczę. Jedyne, co nas łączy, to fakt, że nasze nazwiska znalazły się w testamencie mojego ojca. On odziedziczy imperium fitnessu i hotelarstwa, a ja zachowam to, co jest dla mnie najcenniejsze. Z zastrzeżeniem, że go poślubię – na określonych warunkach. Rok fałszywego małżeństwa. Rok wspólnego mieszkania. Rok udawania, że pasuję do jego luksusowego stylu życia. Ale warunki nigdy nie są takie proste. Zwłaszcza gdy nie wiem, czy jego pocałunki są udawane, czy to ja udaję, kiedy je odwzajemniam. A gdy pojawia się coraz więcej warunków, staje się jasne, że istnieje cienka granica między zobowiązaniem a zdradą... i żadne z nas nie wie, gdzie ta granica przebiega.



”Między zobowiązaniem a zdradą” jest jedną z książek, które na Tik Toku są promowane hasłami wzbudzającymi konieczność poznania historii i przekonania się na własnej skórze, jak wypada na tle innych. Ulegając medialnej presji, zdecydowałam sama sprawdzić, czy historia Declana i Everly jest tak dobra jak o niej mówią.



Początkowo było naprawdę bardzo obiecująco, już od samego początku zostajemy wciągnięci w wir wydarzeń, narastający konflikt i dość skomplikowaną relację między głównymi bohaterami. Niestety im więcej czytałam, tym coraz bardziej zaczynałam się rozczarowywać, kolejne kroki bohaterów stawały się coraz bardziej przewidywalne, a przy tym niezwykle irytujące. To co, początkowo zachwycało mnie w tej historii najbardziej, końcowo stało się jednym z elementów, który wpłynął na końcową poprawę oceny. 



Największym rozczarowaniem są bohaterowie i ich kreacja. Declan okazał się aż nazbyt schematyczny, zamknięty w sobie, z wieloma tajemnicami i skorupą twardziela dodatkowo aż do przesady zostaje podkreślony aspekt, o tym, jak to nie znosi sprzeciwu.Everiy, która miała być silną i niezależną bohaterką, szybko uległa presji Declana. Choć początkowo prezentowała się jako postać z charakterem, w miarę rozwoju fabuły jej działania stawały się coraz mniej spójne, a motywacje – powierzchowne. Zabrakło jej wewnętrznej konsekwencji, przez co trudno było mi się z nią utożsamić czy naprawdę jej kibicować. Sam rozwój relacji pomiędzy nimi nie przemawia do mnie i według mnie jest najsłabszym elementem historii.



Elementem, który wzbudza we mnie mieszane uczucia, jest styl pisania. Z jednej strony bardzo przyjemny, z dialogami, które nie są wymuszone, z drugiej zaś pojawiają się fragmenty, w których autorka, próbuje wprost przekazać, to co wydarzyło się mimo tego, że opisy trafie to oddają i takie dopowiedzenia są zupełnie niepotrzebne. 



Podsumowując “Między zobowiązaniem a zdradą” autorstwa Shain Rose to książka, która zapowiadała się bardzo dobrze i na początku taka była, z czasem jednak traci “to coś”, co na początku skrada serce czytelników. Co warto zaznaczyć, nie jest to zła historia, miewa swoje lepsze i gorsze momenty, przez co jest po prostu poprawna. U mnie ten tytuł  raczej nie zostaje w pamięci na długo, choć całkiem możliwe, że znajdzie swoich  odbiorców szczególnie wśród fanów TikTokowych rekomendacji.


piątek, 26 kwietnia 2024

"Galeria Snów DallenGuta" - Lee MiYe

00:00:00 0 Comments

Cokolwiek was ogranicza ... czy to miejsce, czas, czy wada fizyczna taka jak moja... proszę, nie skupiajcie się na tych rzeczach. Zamiast tego skoncentrujcie się na znalezieniu czegoś, co przyniesie wam wolność.




Tytuł: Galeria Snów DallenGuta

Autor: Lee MiYe


Data wydania: 27.03.2024


Wydawnictwo: Mova


Liczba stron: 272


Moja ocena: 5/10


Autor recenzji: Wiktoria Sroka




We śnie wszystko jest możliwe. Jedzmy dobrze, śpijmy dobrze i miejmy słodkie sny!

Rodzinne miasto Penny słynęło z lokalnych produktów związanych ze snami i bogaciło się na ich sprzedaży. Ludzie chodzili tam w szlafrokach i piżamach, bez butów, w samych skarpetach, gotowi zasnąć w każdym momencie. Praca w Galerii Snów DallerGuta była czymś bardzo pożądanym przez młodych z miasteczka, także przez Penny. Kusiły ją nie tylko pensja i nagrody w postaci darmowych snów, ale też sam zaszczyt pracy u boku sławnego DallerGuta. Kiedy udaje jej się pomyślnie przejść rozmowę kwalifikacyjną i zaintrygować swoimi spostrzeżeniami przyszłego szefa, jest szczęśliwa. Dzięki pracy w Galerii Snów dowie się, że snom jest czasem bliżej do rzeczywistości, niż jej się wydawało. Będzie rozmyślać o tym, dlaczego ludzie śpią i śnią. Okaże się, że sen po przebudzeniu wcale nie musi się skończyć.

Już pierwszego dnia ktoś jednak kradnie butelkę z bardzo kosztowną zawartością… Czy Penny uda się dociec, dlaczego ludzie śpią i śnią? Czy złodziej zostanie ukaranych za swoją zuchwałość?



Miłość zaczyna się wtedy, gdy zdajecie sobie sprawę, że kogoś lubisz, niezależnie od tego, czy kończy się to miłością nieodwzajemnioną, czy miłością między dwojgiem ludzi.



W ostatnich latach literatura koreańska zdobywa coraz większą popularność na arenie międzynarodowej, przyciągając czytelników swoją wyjątkową głębią, bogactwem kulturowym i niezwykłymi historiami. Wpływ koreańskiej kultury, zarówno tradycyjnej, jak i nowoczesnej, przyciąga uwagę czytelników, którzy poszukują czegoś wyjątkowego i oryginalnego, a tak się składa, że miałam okazję przeczytać historię, którą bez wahania można nazwać oryginalną - “Galeria snów DallerGuta”. Już sam tytuł jest bardzo wymowny co do treści zawartej, także nie zdziwię Was tym, że jest ona o Galerii snów DallerGuta i samych snach, które pełnią ważną rolę w życiu bohaterów. Po wielu pozytywnych opiniach nie mogłam przejść obok książki, która ma bardzo ciekawy koncept, a dodatkowo jest czymś innym w świecie wydawniczym. Porusza dogłębnie temat snów, ich powstawania, kupna i płacenia za nie emocjami, jaki dany sen wywołał. Rzecz tak normalna i prozaiczna, a jednak Lee MiYe sprawia, że staje się to wyjątkowe i magiczne w jakiś sposób. I o ile samo to zachwyciło mnie, niestety pozostałe aspekty książki zniechęcały mnie do niej coraz bardziej. Zacznijmy od kwestii, która rzuciła mi się jako pierwsza w oczy, stanowiąc tym samym największe rozczarowanie, mianowicie prolog. Osobiście uważam, że czasem potrafi oni najwięcej powiedzieć o danej historii, stanowiąc tym samym jej najważniejszy element. W tym przypadku mamy do czynienia z dość długim prologiem, który nie zaciekawił mnie, stwierdziłabym wręcz, że wynudził mnie okropnie, dodatkowo to w nim po raz pierwszy spotykamy się z powierzchownością autorki. Dostajemy bardzo wiele informacji, jednak żadna z nich nie jest pogłębiana, czy to na początku, czy w późniejszej części. Innym przypadkiem, w którym po raz kolejny spotykamy się z powierzchownością autorki, są historie ludzi, którzy zakupili jakiś sen. Poznając ich i to jak wpłyną on na nich, jest to po pierwsze bardzo krótkie, niedające szansy na poznanie bohatera, ale i jego historii, która wiąże się ze snem, po drugiej bardzo nijaki. Z pozoru stanowi to bardzo ważną część, jednak przez wyżej wspomnianą powierzchowność, gdyby nie było tych historii, nie odczulibyśmy ich braku. Nie obyłoby się również bez wspomnienia o bohaterce, dzięki której mamy możliwość poznania tego jak wygląda sprzedaż od zaplecza - Penny. I choć bardzo chciałabym zachwycać się tym jak wspaniałym uzupełnieniem, są bohaterowie, tak niestety Penny, jest kolejnym przykładem powierzchowności, nad czym ogromnie ubolewam, gdyż jest ona ciekawą postacią: pełną chęci, trochę zbyt roztrzepaną, ale również ogromnie ciepłą, a jednak uwaga, jaką poświęciła jej autorka, nie pozwala nam poznać jej bardziej.



Wszystkie te sny są przyziemne. Ale jeśli sprzedamy je właściwej osobie, mogą się dla niej stać wyjątkowe. Podsumowując, uważam “Galeria Snów DallenGuta” autorstwa Lee MiYe za książkę, która miała ogromny potencjał, by stać się największym pozytywnym zaskoczeniem literackim, jednak nie jestem w stanie przemilczeć tego, jak mało uwagi zostało poświęcone, na aspekty, które budują historie i stanowią jej fundamenty. Choć jak wspomniałam sam koncept jest naprawdę cudowny, te małe brakujące szczegóły przyćmiły blask snów.



"Galeria Snów DallenGuta" z popularnej księgarni internetowej TaniaKsiążka.pl Sprawdźcie też inne bestsellery w księgarni…